Polka Potrafi. Zostań bohaterką własnego życia.

Zbawiać świat, robiąc biznes

Marzec 2011 roku, konferencja TEDxWarsaw w centrum Warszawy. Tłum ludzi. Niby wszyscy interesujący, a ja jakby nie mogę się do nikogo przekonać. I wtedy poznajemy się my, a ja słyszę potok słów wypowiadanych z taką ilością ekspresji, która nadawałaby się na deski teatru. Od razu widać, że zwariowane z niej dziewczę. W kilku słowach opowiada mi, że właśnie przyjechała na chwilę z Nowej Zelandii, gdzie pracuje nad fajnym projektem, a życie jest piękne.

Kilka miesięcy później spotykamy się na jakimś wydarzeniu networkingowym, w trakcie którego okazuje się, że mamy wspólnych znajomych. Z tempem życia nie zwalnia, angażuje się w kilka polskich startupów. Uśmiech od ucha do ucha nie schodzi z jej twarzy, choć plany jej się trochę sypią – coś jest nie tak z wizą do Nowej Zelandii i musi rozważać inne opcje na przyszłość.

Maj 2013 roku. Po długich miesiącach sporadycznego kontaktu w świecie wirtualnym, ściskamy się serdecznie w Londynie przy okazji seminarium samorozwojowego. O ile to możliwe, w jej życiu dzieje się jeszcze więcej, niż do tej pory: mieszka w Szkocji, skończyła studia, otwiera kolejne biznesy i cały czas knuje, jak zbawić świat.

Od lat obserwowałam ją z zachwytem i z podziwem, zastanawiając się ciągle, skąd ta dwudziestopięcioletnia dziewczyna ma w sobie tyle energii do działania. Energia energią, skąd ona wie, jak to wszystko ogarnąć? Jest jedną z pierwszych osób, które przychodzą mi do głowy, kiedy zaczynam kompletować bohaterki tej książki. Dzięki naszemu wywiadowi w końcu dowiaduję się, skąd motywacja i skąd know-how, zakochując się w niej przy tym jeszcze bardziej. Cieszę się, że będziecie miały szansę zrobić to samo.

Jej historia przywodzi mi na myśl cytat z japońskiej księgi Hagakure, który można by sparafrazować następująco: „Kiedy wzrasta poziom wody, łódź unosi się wraz z nią” – jeśli postawimy sobie poprzeczkę wyżej niż do tej pory, nauczymy się wyżej skakać. To, jak podchodzi do kolejnych wyzwań jest dla mnie wzorem do naśladowania. Bohaterka ta pokazuje, że warto czasem rzucić się na głęboką wodę, najlepiej bez liny i koła ratunkowego.

Poznajcie Agę.


Jestem z Białej Podlaskiej, małego miasteczka zaraz przy granicy z Białorusią. Piękne miejsce, ale nie ma zbyt dużo do zaoferowania jeśli chodzi o możliwości zrobienia kariery. Może dlatego dość szybko stamtąd wyjechałam, najpierw do Warszawy, a sześć lat temu w świat.

Zawsze chciałam studiować psychologię i zawsze chciałam studiować za granicą. Dostałam się na Uniwersytet Warszawski, ale na studia wieczorowe. To był jeden z tych momentów w życiu, kiedy coś ci się nie udaje, ale otwierają się drzwi do innych niesamowitych rzeczy. Zdecydowałam, że wyjadę.

Zrobiłam rozeznanie i zidentyfikowałam najlepsze europejskie uniwerki pod kątem psychologii – padło na Uniwersytet w Glasgow. Szkocja była miejscem priorytetowym również dlatego, że dla obywateli UE studia były bezpłatne. Nie zastanawiając się długo, aplikowałam.

Były tylko dwa problemy: gotówka i język.

Byłam obstukana z angielskiej gramatyki, ale miałam ogromne problemy z mówieniem. Musiałam oswoić się z językiem, więc wymyśliłam sobie, że wakacje spędzę na Wyspach jako au pair. Miałam opiekować się dzieciakami, a w tym samym czasie uczyć się i podejść do egzaminu IELTS. Jedna z moich nauczycielek z Białej Podlaskiej pomagała mi się do niego przygotować, całe wakacje pracując ze mną przez Skype, sprawdzając moje wypracowania i poprawiając wymowę. To była jedna z najważniejszych rzeczy, które pchnęły mnie do przodu i z tego miejsca chciałabym pani Dorocie bardzo podziękować. Nie wiem, gdzie bym teraz była bez jej wsparcia.

Egzamin zdałam, na studia się dostałam i wyjechałam do Glasgow. Miałam sto funtów na koncie i opłacone jedynie pierwsze dwa tygodnie zakwaterowania. Nie wiedziałam, co i jak dalej, ale byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Po kilku dniach znalazłam się na wielkiej gali witającej pierwszorocznych studentów. Pamiętam jak stałam na tym rozpoczęciu roku i poznawałam ludzi, którzy mieli ze mną później studiować. Większość z nich miała ogromną pomoc finansową ze strony rodziny i nie musiała martwić się o środki, z których przez następne cztery lata pokryje wyjazd, edukację i życie. Ale to ja stałam i płakałam ze szczęścia. Kiedy mój dobry przyjaciel zapytał mnie: „Hej, co się stało, czemu płaczesz?”. Odpowiedziałam jedynie: I made it! Udało mi się!

Pochodzę z małego miasteczka gdzieś we wschodniej Polsce, gdzie wszyscy dookoła mówili, że żeby studiować za granicą musisz mieć ogromne ilości pieniędzy i świetnie znać język angielski. Przekonałam się, że to nie była prawda, a te szkodliwe mity odstraszały jedynie moich rówieśników od pójścia za swoimi marzeniami.

Aga robiła wszystko krok po kroku, bo nowe życie wymagało dobrej organizacji i niezwykłej pracowitości. Jednocześnie był to początek wielkiej przygody.

Żeby się utrzymać, przez pierwsze dwa lata pracowałam za barem po trzydzieści, czterdzieści godzin tygodniowo. Na pewno miałam na głowie dużo więcej niż znajomi z uniwersytetu i i odbijało się to na moich studiach. Nie miałam życia towarzyskiego i nie bardzo chodziłam na wykłady, ale ważne było, że tam jestem i że się rozwijam.

Jednym z największych wyzwań była (nie)znajomość angielskiego. Przyjeżdżasz, zaczynasz studiować i nagle musisz czytać książki i artykuły naukowe – było ciężko. Moje życie obracało się wokół biblioteki i pracy. Siedziałam po nocach i codziennie przez dwie, trzy godziny stukałam słówka z metodą SuperMemo. Kiedy poszłam na pierwszy egzamin z biznesu, nie zrozumiałam pytań (śmiech). Dali nam mały słowniczek, żebyśmy sprawdzali słowa, których nie rozumiemy. No i sprawdzałam – słowo po słowie. Takie sytuacje rozwijają w tobie umiejętność radzenia sobie z tym, że czegoś nie rozumiesz i uczą, że najważniejsze jest nastawienie, że jakoś dasz radę. Nie wiesz jak, ale włożysz w to mnóstwo roboty i się uda. Moje podejście było bardzo proste: może nie mówię super po angielsku, może nie mam jakichś super talentów, ale mam coś, czego inni nie mają: determinację, żeby osiągnąć sukces.

Na trzecim roku studiów wszyscy wyjeżdżali na wymianę, a możliwości były ogromne, ponieważ mogliśmy wybierać między uczelniami z całego świata. Jedynym wyzwaniem było sfinansowanie tego programu. Bardzo chciałam jechać i jednocześnie wiedziałam, że zupełnie nie mam na to kasy. Przez pół roku przed wyjazdem pracowałam jak szalona, dzięki czemu oszczędziłam wystarczająco, żeby przejść procedurę weryfikacji zdolności finansowej i zapłacić za cały wyjazd. Praca po sześćdziesiąt, siedemdziesiąt godzin tygodniowo za barem czy jako kelnerka nie była łatwa, ale z drugiej strony, udało mi się – uzbierałam kilka tysięcy funtów i byłam gotowa na następną przygodę, wyjazd do Nowej Zelandii.

Zanim poszłam na studia, zawsze myślałam, że będę pracować w dziedzinie psychologii, albo że jako drugi kierunek zacznę studiować biznes i później dostanę pracę w konsultingu dla McKinsey czy innej wielkiej korporacji. Jednak kiedy pierwszy raz zetknęłam się z ideą przedsiębiorczości, otworzyło to moje oczy na to, co jest naprawdę możliwe.

Nowa Zelandia to niesamowite miejsce, choć ja zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałam. Z jakiegoś powodu myślałam, że NZ jest jak Australia: surferzy, piękne ciała, słońce, plaża… Przyjeżdżam w lipcu do Dunedin, miasta studenckiego na południu kraju, a tam… piździ. Idziesz na plażę, a tam tylko pingwiny. Jak surferzy, to jacyś zakamuflowani (śmiech).

Strasznie chciałam w pełni wykorzystać ten czas, więc zamiast nieustannie podróżować i imprezować, rzuciłam się w organizację projektu w ramach organizacji studenckiej AIESEC, której częścią byłam już w Polsce i którą serdecznie polecam wszystkim studentom. Kiedy tylko zaczęłam zgłębiać temat przedsiębiorczości, okazało się, że istnieje koncepcja przedsiębiorczości społecznej, która od razu mnie zafascynowała.

Zasadniczo mamy w społeczeństwie dwa typy organizacji: biznesy, których celem jest zarabianie oraz sektor non-profit, którego celem jest wywieranie pozytywnego wpływu na społeczeństwo. Cały sektor non-profit opiera się na zewnętrznym finansowaniu, a jeśli go zabraknie – na przykład w czasie kryzysu – organizacje te przestają istnieć. To sprawia, że taki model jest zupełnie niestabilny. Odkrycie tego sektora przedsiębiorczości społecznej było dla mnie ekscytujące, ponieważ wydawało mi się, że z jednej strony jest on odpowiedzią na problemy organizacji non-profit, które nie są finansowo samodzielne, a z drugiej pozwala zbudować przynoszący zyski biznes, który adresuje problemy społeczne. Idealne połączenie!

Ludzie, którzy pracują w organizacjach non-profit mają zwykle niesamowite serducho i bardzo dużo energii. Chcą zrobić coś dobrego, ale bardzo wielu z nich nie ma ani grosza przy duszy. Zarabiają stawki minimalne i nie są odpowiednio wynagradzani za to, co robią. To nie jest fair. I tutaj, ponownie, odpowiedzią zdawał się być biznes społeczny.

Jasne, są organizacje non-profit, które działają fantastycznie i robią dużo dobrego, ale większość, zwłaszcza tych mniejszych, nie ma wystarczających środków, zasobów, ani wykwalifikowanej kadry, żeby wywrzeć strategiczny wpływ na społeczeństwo. Spędzałam całe noce czytając, ucząc się i patrząc na to, co się w tej branży dzieje. Druga koncepcja, która zaczęła się w tym czasie rozwijać i o której się dowiedziałam, to fortune at the bottom of the pyramid – dobrobyt u podstawy piramidy – wywodząca się z książki C.K. Prahalada o tym samym tytule. U samej podstawy piramidy społeczno-ekonomicznej świata mamy cztery miliardy ludzi żyjących w ubóstwie. Jest to potężny rynek zbytu, jeśli biedni przestaną być traktowani jak ofiary. Należy w nich rozpoznawać elastycznych i kreatywnych przedsiębiorców oraz świadomych konsumentów, a w związku z tym dostarczać im produkty szyte na ich miarę i w przystępnej dla nich cenie. Równocześnie angażowanie ich w system ekonomiczny pozwoli im samym wydostać się z ubóstwa.

Miałam dużo czasu, żeby to wszystko przemyśleć w trakcie letnich wakacji. Byłam zmęczona i nie bardzo wiedziałam jak to wszystko poskładać. W którymś momencie poznałam Malcolma Camerona, najbardziej znanego przedsiębiorcę społecznego w Nowej Zelandii, który później został moim przyjacielem i mentorem. Podzieliłam się z nim pomysłem na to, żeby założyć organizację non-profit, która byłaby firmą konsultingową skupioną na znajdowaniu innowacyjnych sposobów, w jakie inne organizacje mogłyby zarabiać pieniądze. Byłam taką trochę naiwną wizjonerką i wierzyłam, że mogę zmienić świat. Lato się skończyło, a ja skończyłam tworzenie planu strategii i badań pod kątem Ignite Consultants, mojego pierwszego – i mam nadzieję nie ostatniego – biznesu społecznego. Wielu z moich ówczesnych przyjaciół mówiło mi, że to bez sensu, że projekt się nie uda i szkoda na niego czasu, tym bardziej, że ja i tak na tym nie zarobię, a tak w ogóle to przecież za pół roku wyjeżdżam, bo moja wymiana się kończy.

Jako przedsiębiorczyni zawsze powinnaś być gotowa słuchać i uczyć się od innych. Jednak nie bój się najbardziej ufać sobie. Opanuj słuchanie wybiórcze, analizuj i bierz to, co może ci pomóc, a niewspierające głosy wyciszaj. Czasem będą one miały rację, czasem nie – najważniejsze jest jednak podążać za swoim instynktem. Tak zrobiłam rozwijając Ignite Consultants.

Idea była taka, żeby otoczyć się ludźmi, którzy byli ode mnie lepsi. Wybrałam siedem osób, większość z nich była doktorantami z przeróżnych dziedzin: fizyki, psychologii, biochemii czy ochrony środowiska. Nie mieli pojęcia o biznesie, ale właśnie o to mi chodziło – żeby wymyślać innowacyjne rozwiązania potrzebowałam zespołu, który będzie kreatywny i nie będzie myślał w standardowy biznesowy sposób. Kreatywność, którą się wykazywali i wartość, jaką wnosili do projektu – szczególnie przez to, że byli tak różni ode mnie – były niesamowite. To było jedno z tych ekscytujących doświadczeń, które często będą twoim udziałem, kiedy będziesz budować nowe projekty: grupka ludzi, jeden szalony lider i wizja tego, że można zmienić świat! Jasne, że się bałam na początku – dopiero co rekrutowałam ludzi i nikt z moich znajomych we mnie nie wierzył – a tu już się coś zaczynało dziać!

Specjalistka ds. ochrony środowiska została dyrektorem marketingu, przyszła psycholożka dyrektorem ds. szkoleń i rozwoju, fizyk dyrektorem ds. rozwoju biznesu. I zaczęli.

Od razu wzięliśmy się do roboty: organizowaliśmy spotkania, identyfikowaliśmy problemy, tworzyliśmy plany działania i wcielaliśmy je w życie. Chcieliśmy połączyć środowiska biznesowe, non-profit i akademickie, żeby wspólnie pracowały nad rozwiązywaniem problemów społecznych, a z drugiej strony wyszkolić całą rzeszę liderów, którzy będą tworzyć innowacyjne rozwiązania. Praca z niektórymi organizacjami okazała się bardzo trudna, bo na przykład grupy ludzi decyzyjnych w danej organizacji spotykają się dwa razy w roku, a my każdorazowo mieliśmy… osiem tygodni. Naprawdę chcieliśmy pomóc, a często słyszeliśmy: to może napiszcie nam jakiś raport?

Mimo wszelkich przeciwności, pod koniec ósmego tygodnia wszyscy razem świętowaliśmy, doceniając zarówno organizacje, z którymi pracowaliśmy, jak i studentów, którzy angażowali się w naszą pracę. To był też pierwszy moment, w którym pomyślałam: wiesz co, zmienianie świata może być dużo cięższe, niż ci się wydawało… (śmiech). Dużo się wtedy nauczyłam.

Organizacja, którą Aga zaczęła do dzisiaj bardzo dobrze się rozwija. Zatrudnia dużo większą liczbę osób niż za jej czasów, pracuje z wieloma organizacjami pozarządowymi i prowadzi działalność w różnych miejscach w całej NZ.

Jestem bardzo dumna z tego, że ta wizja, którą stworzyliśmy na początku przetrwała i że teraz – zupełnie bez mojego udziału – porywa do działania kolejnych nowozelandzkich studentów. Cieszę się też ze wszystkich lekcji, które wyniosłam z tego doświadczenia. Teraz już wiem, że: czasem dobrze jest być naiwną, nie ostateczny sukces, a nauka jest najważniejsza, trzeba popełniać błędy, a kiedy tylko zaczniemy działać, otworzy się przed nami milion różnych możliwości.

Na jednym ze spotkań networkingowych, w trakcie których robiłam prezentację o biznesach społecznych, spotkałam człowieka, który później stał się bardzo ważną osobą w moim życiu i kolejnym niesamowitym mentorem. Hamish McDonald był założycielem nowego technologicznego startupu, platformy internetowej, która ma na celu usprawnienie komunikacji pomiędzy różnymi lekarzami, opiekunami medycznymi i pacjentami.

Obecny sposób zarządzania danymi medycznymi jest bardzo rozproszony: kiedy byłam w NZ, lekarze nie mieli żadnego dostępu do moich akt medycznych z Polski. Teraz, kiedy jestem w UK, nie ma wglądu w moją historię medyczną z żadnego z poprzednich miejsc. Oprogramowanie Hamisha było w stanie zgromadzić wszystkie te informacje i uporządkować je w graficzny sposób tak, żeby lekarz, którego odwiedzasz, a który ma piętnaście minut na to, żeby ocenić, co się z tobą dzieje, miał wgląd do całej twojej dotychczasowej historii medycznej.

Moje doświadczenie z Ignite, kontakty, pasja do biznesu społecznego i marzenia na przyszłość sprawiły, że mój następny krok stał się oczywisty – musiałam przy tym pracować! Szansa bycia częścią większej wizji i małego zespołu w szybko rozwijającym się środowisku to było to. Mój czas w NZ dobiegał końca, więc postanowiłam rzucić studia i zdecydowałam się w pełni zaangażować w ten projekt.

Nie do końca wiedziałam, co robię. Wstawałam o szóstej rano, pracowałam do drugiej w nocy, spałam w biurze i ruszałam dalej. Spotykaliśmy się z Hamishem i omawialiśmy strategię działania, ale miałam wolną rękę. Praca w startupie jest wyzwaniem: multum niejasności, z którymi musisz sobie każdego dnia radzić, zmiany w strategii, ciągłe znaki zapytania. Jest to ogromne pole do bycia kreatywnym i nauki strategicznego myślenia, a także okazja do zbudowania czegoś zupełnie nowego. Ogromna frajda i jazda bez trzymanki równocześnie.

Jako właścicielka biznesu masz jakieś założenia dotyczące potrzeb i problemów swoich potencjalnych klientów i tego, co i jak możesz im zaoferować, ale tak naprawdę podstawą jest wyjście do nich i rozmowa o tym, co ich boli. Dosłownie i w przenośni. W naszym przypadku wyszliśmy więc do ciężko chorych, którzy korzystaliby z naszego dziennika i stworzyliśmy społeczność, która pomagała nam rozwijać oprogramowanie. To był najbardziej chaotyczny i wymagający okres w moim życiu, a z drugiej strony najbardziej fascynujące i energetyzujące doświadczenie.

W środowisku biznesowym i startupowym musisz umieć kombinować i szybko myśleć, ale przede wszystkim – działać. Musisz mieć nastawienie, że znajdziesz sposób na największe wyzwania, być otwartą na ciągłą naukę i budowanie relacji. Hamish miał duże doświadczenie w biznesie i kilka wielomilionowych firm w dorobku, więc przebywanie w jego otoczeniu było czymś niesamowitym. Wstawał bardzo wcześnie rano, ćwiczył, a potem przyjeżdżał do biura. I tak codziennie. A facet miał już na karku pięćdziesiątkę!

Wszystko się super układało, a ja żyłam w sposób, o którym kiedyś marzyłam. Miałam w Nowej Zelandii chłopaka, rzuciłam studia i nie myślałam, że szybko wrócę do Europy. Nagle dostałam list mówiący mi, że mam… dwadzieścia dni na opuszczenie kraju. Okazało się, że są problemy z wizą. Nie wiedziałam, co zrobić, a Hamish zaproponował, że wyśle mnie do Tajlandii do czasu, aż sprawa się wyjaśni.

Do tamtej pory NZ wydawała mi się najbardziej niezwykłym miejscem na świecie, ale kiedy dotarłam do Tajlandii, pomyślałam sobie: wow! Tajlandia jest nawet lepsza! (śmiech) Jeśli jesteś przez długi czas w jednym miejscu, to masz bardzo ograniczoną wizję świata. Ciężko sobie wyobrazić, co istnieje poza doświadczeniami, które znałaś do tej pory. Myślę, że tak wielu ludzi traci wiarę w to, że może być lepiej, ponieważ osiadają w czymś, nawet jeśli nie są w tym szczęśliwi. Ja jednak cały czas powtarzam: jeśli nie jesteś szczęśliwa, nie przestawaj szukać!

To co jest najlepsze w podróżowaniu, zwłaszcza jeśli jesteś sama, to spotykanie ludzi z przeróżnych ścieżek życiowych i z różnymi doświadczeniami. Większość z nich czegoś szuka: siebie, sensu, przeznaczenia; część z nich już to znalazła. Wyjazd ten, oprócz możliwości pracy na plaży i doświadczania nowych rzeczy był w pewnym sensie wycieczką duchową. Doświadczenie to pozwoliło mi spojrzeć na moje życie w zupełnie innym świetle i wypracować perspektywę, której do tej pory się trzymam. Musiałam się nauczyć akceptować to, co się dzieje i ufać, że jest w tym jakiś większy sens, nawet jeśli teraz go nie widzę. Takie podejście do życia sprawia, że jesteś niesamowicie wdzięczna za wszystko, co dookoła i cieszysz się małymi rzeczami. Próbujesz, doświadczasz, bawisz się, kreujesz. Każdemu, kto jeszcze nie wychylił się poza granice naszego kraju polecam samotną wycieczkę do innej części świata i bycie gotowym na to, co ona przyniesie. Obiecuję, że doświadczenie to zmieni twoje życie.

Mijały cztery lata od kiedy była w domu ostatni raz, więc przyleciała do Polski na Święta. Na lotnisku, przy dwudziestostopniowych mrozach, przywitała rodziców w T-shircie i w japonkach. Mama o mało co nie padła.

Planowałam spędzić trochę czasu w kraju z rodziną. Byłam pewna, że problem z wizą szybko się rozwiąże, a ja wrócę do Nowej Zelandii. Niestety stało się inaczej. Czekałam sześć miesięcy, ale wizy nie dostałam. Pracowałam więc zdalnie z Polski, co było trudne. Zostawiłam w NZ bardzo duży projekt i ciężko było utrzymać sprawną komunikację przy dwunastogodzinnej różnicy w czasie. Trzeba było pogodzić strefy czasowe biura w San Diego, Nowej Zelandii i Polsce, więc spotkania wypadały o trzeciej nad ranem. Były dwie opcje: mogłam przenieść się do naszego biura w San Diego i pracować stamtąd albo zacząć coś swojego. To był czas, kiedy zaczynałam coraz więcej myśleć o organizacji własnego projektu. W międzyczasie skończyłam zaległe studia, poznawałam ludzi ze środowiska startupowego i wspólnie testowaliśmy różne pomysły. Byłam gotowa na kolejny etap w życiu.

Od tego momentu przez moje ręce przeszło wiele projektów, głównie startupów technologicznych. Dużo się uczyłam, a kilka naszych biznesów padło. Ten okres testowania i angażowania się w różne projekty dał mi dużo do myślenia. Cała ta idea znalezienia jednej rzeczy, której się masz poświecić, presja wyboru jednej ścieżki kariery… Wydaje mi się, że to jest problem naszego pokolenia: z jednej strony świat, w którym żyjemy, oferuje tyle możliwości, że naprawdę możemy osiągnąć wszystko, co chcemy; z drugiej ta ilość opcji nas przytłacza. Im więcej mamy wyborów, tym bardziej jesteśmy nieszczęśliwi. I ja się dałam w tę pułapkę złapać.

Początkowo myślałam, że kiedy zaangażuję się w jeden projekt, zdeterminuje on całą moją karierę. A kto w naszym wieku wie, czy chce być specjalistą na rynku gier, gotowania, edukacji, czy zdrowia? Bałam się, bo nie wiedziałam, co jest tą moją “karierą”. Najczęściej wcale nie jest tak, że któregoś dnia się budzisz i nagle wiesz, czemu chcesz się poświęcić. Możliwe, że większość z nas nigdy w stu procentach nie będzie pewna, że droga, którą idzie, to ta właściwa. Bo co jest tą właściwą drogą? Bardzo wielu ludzi nie wie, co dalej i są tym tak przytłoczeni, że zostają w miejscu.

Przechodziłam bardzo podobny etap i wiem, że nie jesteśmy z Agą w tym zagubieniu same. Nie wiemy, co mamy robić i w końcu nie robimy nic. A mogłoby być zupełnie odwrotnie.

Prawda jest taka, że nie ma poprawnych odpowiedzi. Nie ma mapy, nie ma kartki ze wskazówkami i nie ma od kogo ściągać. Jest ok, jeśli chwilowo nie wiesz, gdzie chcesz być. Zaufaj sobie i po prostu działaj. Rzuć się w projekty, które cię interesują, dołącz do organizacji, którą cenisz, zacznij jakiś staż – prędzej czy później będziesz na właściwej drodze.

Sama w takim momencie byłam przed rozpoczęciem projektu Ignite. Zaczynałam kwestionować, czy ja chcę to rzeczywiście robić, czy warto i czy w tym widzę swoją przyszłość, aż w końcu powiedziałam sobie: przestań wymyślać i po prostu działaj! Z tym co się wydarzy będziesz sobie radzić jak już się wydarzy (śmiech). I wydarzyło się dużo, spełniły się moje największe obawy, a jednak jakoś sobie z tym poradziłam. Podczas gali kończącej pierwszą rundę projektów miałam łzy w oczach i czułam, że mimo wszystko było warto. A przecież niecały rok wcześniej byłam pełna obaw i wątpliwości, czy w ogóle się w to angażować! Czasami ten pierwszy krok to wszystko co musisz zrobić, a cała reszta sama się o siebie zatroszczy.

Powiedziałabym, że strach jest z nami nieustannie. Szczególnie kiedy jest się przedsiębiorczynią i ciągle robi coś nowego. Pytania w stylu: czy to się uda? czy warto temu poświęcać czas? co powiedzą inni? czy naprawdę to jest to, co chcę robić? są na porządku dziennym. Szczególnie w momentach, gdy bardzo wykraczamy poza naszą strefę komfortu.

Na początku myślałam, że te wątpliwości będą znikać w miarę tego, jak będę realizowała kolejne projekty, ale to nieprawda. Na jednym z popularnych szkoleń z rozwoju osobistego jest ćwiczenie, w trakcie którego przystawiasz sobie drewnianą strzałę grotem do krtani. Ktoś przytrzymuje ją z drugiej strony, a ty musisz naciskać. Rzecz w tym, że w miarę nacisku zamiast przebić ci gardło, strzała będzie się wyginać, a z czasem się złamie. Tyle razy to robiłam i za każdym razem się bałam. Wielu z moich przyjaciół miało podobne doświadczenie. Strach nie odchodził nawet gdy wiedzieliśmy, że ta strzała i tak się złamie. Ale właśnie nie chodzi o to, żeby nie czuć strachu, ale o to, żeby go raz za razem oswajać. Każdy kolejny biznes, za który się biorę w jakimś sensie mnie przeraża. Każdy wymaga wyjścia poza to, co znajome: rozmowy z ludźmi, których nie znam, próby przekonania innych do mojego rozwiązania, poradzenia sobie z tym, że milion z nich powie, że jest głupie i że nie są nim zainteresowani.

Poza tym jeśli chcesz zbudować biznes musisz się liczyć z tym, że będziesz potrzebować czasu i pieniędzy. Możesz zacząć coś na boku razem ze swoją pracą na cały etat, możesz pracować na pół etatu i w odpowiednim momencie starać się o inwestorów czy dotacje, możesz rzucić się na głęboką wodę. Prawda jest taka, że prędzej czy później zmierzysz się z problemem braku gotówki. Przy ostatnim projekcie, który robiłam nauczyłam się, że skupianie się na szybkim generowaniu kasy i spieniężeniu projektu czasem zabiera naszą uwagę od innych bardzo ważnych elementów biznesu. To z kolei może spowodować konieczność zamknięcia całego projektu.

Kiedy powoli kończyły mi się oszczędności, zdecydowałam się przetestować ideę budowania „muz” – małych, niszowych biznesów internetowych, których jedynym zadaniem jest generowanie pasywnego źródła dochodu. Jest to idea promowana przez propagatora kreacji własnego stylu życia Tima Ferrisa. Kiedy teraz o tym myślę, to trochę chce mi się śmiać, ale wtedy dokładnie tym się zajęłam.

Wraz z przyjacielem postawiliśmy przed sobą wyzwanie: znaleźć problem, wymyślić rozwiązanie i zbudować wokół niego biznes online, który będzie w stanie zarobić dziesięć tysięcy funtów miesięcznie. Wygra ten, kto pod koniec roku będzie więcej zarabiał. Na zachętę przygotowaliśmy dla siebie również określone nagrody – brzmiało super. Główne założenie było takie, że stworzymy pasywne źródła dochodu, które będą opłacały nasze nowe projekty w następnym roku.

Zaczęliśmy się uczyć czego tylko się dało o zarabianiu pieniędzy w Internecie. Szukaliśmy problemów do rozwiązania, odkrywaliśmy kolejne nisze i w końcu stawialiśmy stronki, które potem testowaliśmy, testowaliśmy i jeszcze raz testowaliśmy. Spędzaliśmy długie godziny oglądając filmiki, czytając książki i artykuły, implementując i wypróbowując kolejne rozwiązania i strategie. W pewnym momencie mieliśmy chyba z pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt stron, na których próbowaliśmy różnych technik. Szybko okazało się, że nie jest to tak proste, jak się nam wydawało. Nauka zajmowała nam dużo więcej czasu niż przypuszczaliśmy, a na efekty trzeba będzie czekać. Z moim przyzwyczajeniem do zawrotnej prędkości i z potrzebą działania musiałam się nauczyć cierpliwości.

Poproszona o praktyczne wskazówki dla osób, które chciałyby iść w jej ślady, z zapałem wymienia kilka punktów.

W środowisku marketingu i sprzedaży w Internecie znajdziesz wielu oszustów i ludzi, którzy zrobią wszystko, żebyś tylko kupiła ich produkt. Nie daj się na to nabrać. Prawda jest taka, że większość wiedzy jesteś w stanie znaleźć w sieci zupełnie za darmo, na przykład na blogach tematycznych.

W 99% przypadków, gdy ktoś ci mówi, że dany sposób zarabiania przyniesie ci dochód już w ciągu tygodnia, nie mówi prawdy. Jeśli zaczynasz od zera, bądź przygotowana na to, że rozkręcanie projektu wiąże się z inwestycją czasu i wysiłku. Nie goń za pieniędzmi jako twoim głównym celem. Tak jak w przypadku każdego porządnego biznesu, skup się na rozwiązaniu realnego problemu twojego rynku i szukaj sposobów na dodanie ogromnej wartości do życia twoich potencjalnych klientów.

Pamiętaj, że zawrotne sukcesy, o których słyszysz, to często wyjątki od reguły. Nie zadręczaj się, że idziesz za wolno, że jeszcze nie odnosisz spektakularnych sukcesów i nie zarabiasz milionów. Ty masz swoją własną drogę, oni mają swoją.

Nie zapominaj, żeby działać w oparciu o swoje mocne strony. Ja na przykład nie znoszę siedzieć siedemnastu godzin dziennie przed komputerem i nie mieć kontaktu z drugim człowiekiem, z nikim nie rozmawiać. Dopiero kiedy zaangażowałam zespół w moje działania, zaczęłam osiągać oczekiwane rezultaty. Dostrzeżenie pierwszych efektów zajęło mi sześć miesięcy. Może to trwać dłużej lub krócej, ale szczególnie w świecie marketingu internetowego potrzeba cierpliwości.

Jeśli o mnie chodzi, to po miesiącach testowania i nauki w końcu wszystko zaczyna się układać. Rezultatem mojego dotychczasowego doświadczenia jest otwarcie agencji zajmującej się pozycjonowaniem (SEO), organizacja trzech dużych projektów, na których się teraz skupiamy i prowadzenie mnóstwa małych, bardzo niszowych stronek. W planach na początek następnego roku mamy wypuszczenie na rynek dwóch produktów i w końcu zatrudnienie stałego zespołu. W tym momencie pracuje z nami grupa dziesięciu osób plus kilku młodych praktykantów, więc zaczynamy działać coraz szybciej. Jednak dojście do tego punktu wymagało ode mnie niesamowitej wytrwałości, cierpliwości, bycia gotową na porażki i nadziei na to, że wszystko się uda. I dalej tego wymaga, bo tak naprawdę nasze największe osiągnięcia dopiero przed nami.

Razem z moim przyjacielem jesteśmy na dobrej drodze, żeby osiągnąć nasz cel finansowy, ale bardziej niż finansami, podekscytowani jesteśmy możliwościami, które się przed nami otwierają. Moja lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią, tak zwana Bucket List, ciągle jest bardzo długa – świat jest niesamowitym miejscem i przede mną jeszcze tyle rzeczy do doświadczenia!

Do tej pory moja podróż nauczyła mnie, że każdy ma swoją własną ścieżkę i nie warto porównywać się do nikogo innego. Swój sukces definiujesz tylko i wyłącznie ty, a cały ten proces jest ważniejszy od celu. Nauczyłam się, że intensywna praca sprawia, że jesteś szczęściarą i że nie warto brać życia zbyt poważnie. Czasem warto jest  też zwolnić, a najważniejsze jest ufać sobie i wierzyć, że cokolwiek się nie dzieje, ma to sens.

Zdradzę ci pewien sekret… Ludzie sukcesu, których podziwiasz byli kiedyś w dokładnie tym samym miejscu, co ty teraz. Też nie wiedzieli wszystkiego i bali się porażki. Niektórzy pewnie chcieli wiele razy zrezygnować, ale szli do przodu, dzięki czemu stworzyli swoje własne szczęście. Wiele rzeczy, które będziesz robić będą wydawały się bez znaczenia, ale to ten codzienny wysiłek wkrótce zamieni się w coś niezwykłego. Najważniejsze to nieustanny ruch przed siebie.