Polka Potrafi. Zostań bohaterką własnego życia.

Odnaleźć siebie wśród potomków Majów

Kiedy byłam już gotowa na poważnie ruszyć do świata z informacją o projekcie, wysłałam kilkadziesiąt wiadomości do moich znajomych, w których informowałam o poszukiwaniu kontaktów medialnych. Jedna ze znajomych ze studiów przesłała mi link do profilu swojej koleżanki z komentarzem: „Coś kiedyś robiła z mediami. Też jest zwariowaną podróżniczką, więc może coś ci podpowie.”. Posłusznie weszłam na jej profil i już po pół minuty pomyślałam sobie: pierdzielę jej kontakty medialne, ona musi być jedną z bohaterek książki!

Na kilka dni przed tym, jak trafiłam na nią w sieci, ona dopiero co do niej wróciła. Z dżungli. Amazońskiej. Od Indian. Bo robiła projekt o Totemach Mocy. Rozumiecie, dlaczego jest jedną z naszych bohaterek?

Podczas pierwszego spotkania tak się rozgadałyśmy, że nie było mowy o skończeniu wywiadu. Były natomiast natychmiastowa sympatia i zalążek przyjaźni. Im dłużej się znamy, tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak wielu szczegółów z jej życia nie znam i ile niesamowitych projektów zrealizowała.

Prawda jest taka, że o każdym z jej wyjazdów można by napisać całą książkę, a co dopiero opisać wszystkie w jednym rozdziale… Zimą stopem objechała Skandynawię, dwukrotnie przeszła trzysta pięćdziesiąt kilometrów na szlaku Santiago de Compostela, żyła na irlandzkiej ulicy z hippisami, poznawała współczesnych Majów, kręciła film dokumentalny w Japonii, a w dżungli amazońskiej przekazywała totemy mocy, zebrane od bliskich. Do tego reportaże dziennikarskie, książka, filmy, praca w produkcji reklam telewizyjnych, fotografia…

Musimy się na czymś skupić, więc pytam o wyjazd, który ją najbardziej zmienił. Zaczyna opowieść o Mundo Maya, czyli świecie Majów, i swoim u nich pobycie. Za chwilę wyruszycie więc razem z nami w podróż do Ameryki Środkowej…

Od kiedy pierwszy raz się poznałyśmy, jesteśmy w niemalże codziennym kontakcie. I mimo że już powinnam być świadoma tego, jak wygląda jej rzeczywistość, nadal nieustannie zaskakuje mnie ilością i jakością projektów, które realizuje. Każdy dzień z jej życia to niesamowita przygoda, pełna pięknych zbiegów okoliczności. Jest niewyczerpanym źródłem inspiracji i żywym dowodem na to, że magia istnieje. Z zapartym tchem czekam na kolejne rozwinięcia akcji.

Poznajcie Weronikę.

 


 

Kiedy byłam mała naczytałam się książek Karola Maya i zakochałam się w Winnetou. To pierwszy mężczyzna, którego pokochałam! Trzy dni płakałam, kiedy umarł w książce. Miał zasady, był zdecydowany, można było na nim polegać – ideał mężczyzny. Pewnie stąd też wzięło się moje zainteresowanie ludami rdzennymi i późniejsze wyprawy do Mundo Maya i dżungli amazońskiej.

Szybko zaczęłam robić rzeczy, które pozwalały mi doświadczać życia najsilniej jak się tylko da. To uczucie, które pojawia się w sytuacji odkrywania nowych miejsc i ludzi towarzyszyło mi później w różnych innych wymiarach. Myślę, że jestem uzależniona od ciekawości, a ta jest silniejsza od zdrowego rozsądku. Chciałabym od każdego uczyć się jak najwięcej, przeżywać życie intensywnie i wiedzieć, że każdy dzień jest po coś. Nie marnować czasu.

Mając czternaście lat, bardzo lubiłam pisać opowiadania. Pewnego dnia podniosłam telefon, zadzwoniłam do redakcji czasopisma „Wiktor Gimnazjalista” i powiedziałam, że za pół godziny u nich będę. Tak dostałam pierwszy temat. Następnie pisałam reportaże do „Cogito” i „Perspektyw”. W wieku osiemnastu lat na tej samej zasadzie zadzwoniłam do Newsweeka, bo znalazłam się akurat w Christianii, hippisowskim squacie w Danii, który chcieli wtedy zlikwidować. W ten sposób na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego roku życia napisałam w sumie do większości czołowych tytułów w Polsce. Tak naprawdę zawsze wiązały się z tym podróże, bo reportaże pisałam z różnych miejsc na świecie.

Przy okazji jednego ze zleceń dziennikarskich postanowiłam pojechać stopem dookoła Irlandii. W trakcie tej wyprawy trafiłam do Galway i spotkałam ludzi, którzy żyją jako artyści uliczni. Mają niesamowicie barwne życie, które mnie zafascynowało i które zaczęłam z nimi odkrywać. Byli wśród nich grajkowie, osoby żyjące z bycia statuą, robienia tatuaży henną, wiązania balonów, malowania buź dzieciom, wykonywania biżuterii… Nauczyli mnie, że w momencie, kiedy zaufasz, iż wszystko będzie dobrze, to wystarczy, że wyjdziesz na ulicę na trzy godziny jako ta statua i dzięki temu możesz normalnie żyć, opłacić czynsz i kupić jedzenie.

Ich przykłady przekonały mnie, że można nie mieć teoretycznie nic – a są to często ludzie w średnim wieku, którzy nie mają, na przykład, ubezpieczenia zdrowotnego – i być szczęśliwym. Zawsze chciałam być niezależna. Przeżyć bez żadnego zabezpieczenia, ale być bezpieczną. Kiedy zachęcali mnie, żebym wróciła do nich na letni festiwal artystyczny, nie wahałam się ani chwili. Po kilku miesiącach pojawiłam się tam znowu i najpierw byłam statuą, a potem zaczęłam robić tatuaże henną. To było coś pięknego, ponieważ mogłam w ten sposób wyjść poza ramy społecznych oczekiwań i poczuć w tym wolność.

Kiedy robiłam te tatuaże, siedząc na kratce piwa, miałam wrażenie, że ludzie przychodzili do mnie tylko po to, żeby sobie z kimś pogadać. Byłam psychologiem ulicznym. Oni chcieli, żeby malować im na ramionach jakieś smoki czy motylki, ale, tak naprawdę, zdradzali mi swoje największe sekrety. Stawałam się ich powiernikiem. Czułam, że na początku traktowali mnie trochę z góry, na zasadzie: „O, co ty sobie tutaj tak siedzisz dziewczynko? Pewnie nie masz wykształcenia i ledwo co mówisz po angielsku”. Jednak kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, nagle okazywało się, że mogliśmy poruszyć wiele tematów. To była dla mnie platforma, która pozwalała mi poznawać ludzi. Jakieś misterium, magiczne wręcz spotkanie z drugim człowiekiem. Wtedy zrozumiałam, że to właśnie jest dla mnie najważniejsze: zaglądać w głębię człowieka, spotykać go bez granic i barier. Dotykać czegoś, co zazwyczaj umyka.

Pobyt tam był jedną z tych przygód, które pokazały mi, jak kolorowe może być życie, a z drugiej strony, że nasze poczucie bezpieczeństwa jest złudne. Nauczyłam się też, że można dużo zarabiać nie tyle robiąc to, co kochasz, a po prostu będąc sobą. Myślę, że siedzenie na ulicy i robienie takich artystycznych rzeczy polega na tym, że zarażasz ludzi swoją energią i to właśnie dlatego oni do ciebie podchodzą.

Ciekawość drugiego człowieka nie ustępowała, więc Weronika rozpoczęła w Warszawie studia na kierunku kulturoznawstwo. Wyprowadziła się od rodziców i zamieszkała z koleżanką, utrzymując się z dziennikarstwa.

Na drugim roku kulturoznawstwa stwierdziłam, że chciałabym studiować również za granicą i wybrałam trzeci najlepszy uniwersytet w Anglii w dziedzinie nauki mediów. Mimo że moim największym marzeniem było napisać książkę w wieku dwudziestu pięciu lat, pisanie już mi nie wystarczało. Chciałam innej formy wyrazu, która byłaby jeszcze bardziej interaktywna i którą jeszcze silniej można by było przeżywać razem z odbiorcą. Dlatego wybrałam kierunek, który łączył antropologię z filmem: antropologia i media, ze specjalizacją film i dziennikarstwo. W Warszawie umawiałam się z wykładowcami tak, że cały rok studiowałam w Anglii, a do nas przyjeżdżałam zdawać egzaminy. Na Wyspach rok akademicki kończy się w maju, a w Polsce w lipcu, więc miałam półtora miesiąca, żeby zdać sesję po roku nieobecności.

W Londynie chodziłam głównie na zajęcia z programu studiów magisterskich, a nie licencjackich, na których byłam. W efekcie miałam dostęp do kamer i świetnego sprzętu, który pozwalano mi wypożyczać. Dzięki temu, że miałam świetny sprzęt, zostałam operatorem kamery dla TVN24 i robiłam dla nich krótkie relacje. Nikt o tym jednak nie wie, ponieważ cały sukces przypisywany był tamtejszej korespondentce. Na początku cieszyłam się, że mój materiał gdzieś pójdzie, cały czas się uczyłam i nabierałam doświadczenia, więc nie interweniowałam. Wolałam zarabiać tak, niż podając kawę. Choć i to robiłam na początku.

Wyszło tak, że pracowałam w lokalu prowadzonym przez cypryjską mafię, położonym w dzielnicy targanej walkami gangów. Nie raz się zdarzało, że musiałam przed kimś uciekać, wracając późno z imprezy. Bywało, że dobiegałam do bramy naszego akademika i zatrzaskiwałam ją w ostatnim momencie. Co tydzień krążyły historie, że ktoś kogoś zastrzelił lub zadźgał. Kiedy stwierdziłam, że praca tam jest zbyt niebezpieczna – a wyznacznikiem było na przykład to, że szef zagroził mi, że jeśli nie zostanę jego dziewczyną, to mnie zabije – zaczęłam omijać to miejsce szerokim łukiem. Tydzień później lokal był zaklejony policyjną taśmą, a mafioso siedział za kratkami.

Podobnych historii ma więcej, ale wróćmy na studia…

W Londynie skończyłam trzy lata studiów w dwa i zrobiłam to tak, żeby ostatni semestr móc przeznaczyć jedynie na pisanie pracy licencjackiej, bez chodzenia na zajęcia. Podnajęłam mój pokój i za pieniądze, które dostawałam z czynszu (a te są w Londynie bardzo wysokie) wyruszyłam do Paryża. Przez miesiąc nauczyłam się języka na tyle, żeby prowadzić rozmowy telefoniczne z pracownikami teatrów i opery, dzięki czemu zaczęłam pisać recenzje dla polskiej prasy. Chodziłam więc na spektakle i wydarzenia w całym mieście, załatwiałam sobie bilety i wywiady, na przykład z dyrektorem opery paryskiej. Był to, i nadal jest, bardzo łamany francuski, ale wystarczył.

Po tym okresie ruszyłam do Genewy, gdzie robiłam drugą część mojej pracy licencjackiej, dotyczącą praw ludów rdzennych. Znalazłam organizację, która uczestniczyła w Konferencji Praw Człowieka, dzięki czemu prowadziłam swoje badania podczas obrad ONZ. Wtedy narodził się też pomysł na projekt w Gwatemali i Meksyku, dokąd chciałam wyjechać, żeby zrozumieć, czym jest „czas” i jest wygląda alternatywne jego traktowanie. Tutaj wydaje nam się, że czas kontroluje nasze życie i że to jest jedyny sposób na życie. A co, jeśli są ludzie, którzy żyją według innego kalendarza, inaczej podchodząc do czasu? Jak wygląda ich życie? Chcąc znaleźć odpowiedzi na te pytania, zapragnęłam poznać współczesnych Majów.

Niedługo później Weronika udała się do Mundo Maya, czyli Gwatemali, Meksyku, Belize, Salwadoru i Hondurasu.

Już wtedy chciałam robić filmy dokumentalne i stwierdziłam, że są dwie drogi: albo iść ścieżką ugruntowaną, na której będę powoli zdobywać doświadczenie i zaczynać od runnera, czyli najniższej pozycji w hierarchii planu filmowego, by potem zostać asystentką produkcji itp.; albo po prostu zacząć robić swoje rzeczy i wierzyć, że jest to możliwe – mimo że jestem młoda, nie mam doświadczenia, ani wielkich pieniędzy. Jedyne co miałam to wiara w ludzi i w to, że mi się uda. Postanowiłam moje minusy przekuć w plusy.

Tematy szamańskie, magia i Meksyk siedziały we mnie od dziecka. Czytałam wszelkie książki o rdzennych Amerykanach, skończyłam studia w tym temacie, interesowałam się rytuałami, ezoteryką i mistyką. Były to dla mnie sposoby poszukiwania duchowości, która była zawsze bardzo ważnym elementem mojego życia. Postanowiłam więc kupić bilet w jedną stronę i wyruszyć.

Pieniądze zaoszczędziłam w trakcie wcześniej wspomnianego wyjazdu do Irlandii. Uważa się, że wymienione przeze mnie prace to zajęcia dla hippisów, nic niewymagające i nieprzynoszące pieniędzy – zajęcia biedaków. Przyznam, że to było dla mnie zaskakujące, ale z bycia mimem-statuą można było zarobić dziesięć euro za godzinę, a z robienia tatuaży – cztery i pół tysiąca euro w ciągu miesiąca. Zarobiłam więc tyle, że wystarczyło na siedem miesięcy życia w Ameryce Środkowej.

Studiowałam jeszcze wtedy w Warszawie. Został mi już tylko piąty rok, na którym mogłam zająć się pracą magisterską, spytałam więc osobę decyzyjną, czy mogłabym wyjechać na badania terenowe do Gwatemali i zbierać materiały o współczesnych Majach. Pamiętam, że odpowiedziała mi: „Weronika, ja cię już na tyle znam, że wiem, że nawet, jak powiem „nie”, to i tak to zrobisz. Nie zamierzam ci przeszkadzać”. I to było piękne, bo dawało mi zielone światło z uniwersytetu. Kiedy wyjeżdżałam, moim zamysłem było napisanie pracy magisterskiej z antropologii kultury, nakręcenie filmu dokumentalnego i napisanie książki – bardzo ambitne cele.

Cele, zrealizowane w nieprzewidziany wcześniej sposób, osiągnęła. Droga ta była jednak bardzo kręta i nierzadko stroma.

Przede wszystkim, już na miejscu, upadły wszystkie moje romantyczne wyobrażenia na temat Indian. Wyjechałam, ukończywszy studia i przeczytawszy książki, napakowana zupełnie nieżyciową wiedzą, jak się okazało. Wszystkie podręczniki i artykuły dotyczące tego regionu pochodziły z lat 70. i nie imały się w żaden sposób prawdy i rzeczywistości, które zostałam. To była pierwsza rzecz, która mnie bardzo zaskoczyła. Upadło moje pojęcie o ich duchowości, którą tak bardzo chciałam zrozumieć. Zobaczyłam ludzi, którzy w zupełnie inny sposób wyrażają siebie. Zazwyczaj nie mają marzeń i nie wiedzą, czego chcą od życia. Idą za tradycją, ale nie wiedzą, co ona znaczy i jej nie kwestionują. Poddają się życiu tak, jak ja nie chciałam się w tamtym momencie poddać.

Podróż jest dla mnie hiperbolą rzeczywistości, dlatego opowieść o tej konkretnej podróży jest równocześnie moją drogą dojrzewania do pewnych rzeczy. Wyobraź sobie, że masz duże marzenia i żyjesz ideałami, które chcesz wprowadzać w życie, gdy nagle widzisz, że one nie istnieją. Że kultura indiańska została wytworzona przez media po to, żebyśmy nadal wierzyli w coś, czego już nie ma lub co jest przerysowane i wcale nie takie ładne. Uderzyła mnie patologia wśród Majów: pijaństwo, kazirodztwo i spowodowane nimi choroby genetyczne, upokarzanie kobiet. Na to wszystko się nie zgadzałam, a przecież jeszcze rok wcześniej byłam w Genewie, walcząc o prawa ludów rdzennych, pisząc licencjat o Deklaracji Praw Ludów Tubylczych i antropologii prawa! To był dla mnie szok.

Nie do końca czułam to miejsce, ale pozostałam wierna moim celom. Skoro już tam byłam, chciałam skończyć projekt i zrealizować swoje plany. Narodziła się we mnie taka dojrzałość dążenia do celu, pomimo tego, że już nie mam na coś ochoty. Niezwykle ważna jakość, ponieważ początkowo zawsze jesteśmy do czegoś zapalone, ale z czasem ten zapał gaśnie. W tym przypadku egzotyka stała się codziennością, a moje niedoścignione do tej pory marzenia – pułapką.

Nauczyłam się też, że każdy projekt, który realizuję, jest dla mnie jak długoterminowy związek, w który wchodzę. Zaczyna się etapem zauroczenia projektem, jego tematem i bohaterami. Później jest element zakochania i, w którymś momencie, pierwsza kłótnia. Kłótnia wewnętrzna – siebie z tematem – kiedy pojawiają się wątpliwości lub coś się nie udaje. Nadal jednak jesteśmy w sobie zakochani. Po tym natomiast przychodzi druga kłótnia, kiedy chcę wszystko rzucić i wątpię, czy to w ogóle ma sens. W końcu rodzi się nienawiść do tematu i już nie mogę na niego patrzeć… Jednocześnie, jeśli się w tym momencie nie poddam, jeśli projekt ze mną zostanie, to pojawia się w tym już element miłości. A ta akceptuje wszelkie wzloty i upadki, daje przyzwolenie na to, żeby w tym procesie twórczym przeżywać pewną emocjonalną huśtawkę. Uczy na nowo się zakochiwać w projekcie, po czym, w chwili, gdy uczucie zacznie przygasać, kontynuować go dalej przez rozsądek i dzięki logicznemu myśleniu. Nie z miłości, ale z głowy. Koniec końców, zawsze jednak wracam zakochana.

Weronika zrozumiała, że ten moment nienawiści do swojego projektu wcale nie jest zły. Jest tak samo ważny jak element miłości i fascynacji.

Jeden z momentów zwątpienia przyszedł po kilku miesiącach podróży, w okresie Bożego Narodzenia. Było mi bardzo smutno. Znajdowałam się w wysokich górach, było zimno, a ja w otoczeniu ludzi, którzy nic, tylko się ciągle rytualnie upijają. Mają rodziny, które są najważniejszym aspektem ich rzeczywistości, a ja jestem gdzieś na końcu świata, z dala od moich bliskich i ludzi, których kocham. Co ja tam właściwie robię? Nie myłam się od trzech tygodni, jadam tylko fasolę i tortille zrobione z samej kukurydzy, a te są okropne. Wodę muszę gotować strasznie długo, bo złapałam jakąś amebę…

Byłam totalnie wyrwana z kontekstu i zdałam sobie sprawę z tego, że gdybym tam umarła albo gdyby ktoś mnie zaszlachtował maczetą – często rano widziałam strumienie krwi, bo na przykład ktoś komuś odciął w nocy rękę, a za karę siedział za to w lokalnym więzieniu przez… całe dwa dni – to nikt by się tym w ogóle nie przejął. To była taka myśl, która zmusiła mnie do refleksji: dla kogo ja to w ogóle robię? Bo chyba nie dla siebie, skoro nie jestem w tym szczęśliwa. Jaka misja mi w tym przyświeca? Powiedzenia światu o tych ludziach. Ale czy warto, skoro nie ma tu wcale tych pięknych wartości duchowych, które mnie tutaj sprowadziły i które tak chciałam znaleźć? Jaki jest tego w ogóle sens?

To był ten moment kłótni i nienawiści. Załamanie, które skończyło się poważnym dołem. Do tego cały czas słuchałam historii kobiet, które opowiadały mi o niedawnej wojnie domowej w Gwatemali i o tym, co przeżyły: utratę wszystkich mężczyzn z rodziny na oczach krewnych; gwałt córki; widok odcinania kończyn mężowi, którego zostawiano jako sam korpus… Byłam przesiąknięta tą brutalnością ich życia codziennego. Ja, osoba przepełniona wiarą w świat i w człowieka, byłam tym wszystkim przytłoczona.

Musiałam wyciszyć w sobie pragnienia i chęć sukcesu. Takie pragnienia opierające się na „chcę”, wynikającym z zewnętrznych przesłanek, a nie z serca. „Chcę” napisać pracę magisterską, „chcę” zrobić film… Nauczyłam się w tej ciszy, że za każdym razem, gdy cokolwiek robię muszę słuchać swojego serca. To jest inny rodzaj „chcę”. Jest „chcę”, które wypływa z ego i jest „chcę” – pragnę całą sobą i nie ma nic poza tym pragnieniem. To „chcę – pragnę” nie jest za wszelką cenę, pozwalam mu płynąć i ufam, że cokolwiek się stanie, będzie dobre. Nie nastawiam się już na końcowy efekt. Zresztą na nic się już nie nastawiam, niczego nie oczekuję. Z jednej strony nic nie chcę, ale z drugiej strony – pragnę.

I właśnie tam, w górach, w wiosce, w której prowadziłam badania, włączyło mi się to drugie „chcę”. Na początku prowadziłam wywiady z tymi ludźmi i zadawałam pytania typowe dla dominującej kultury zachodniej: Ilu macie bogów? Jak się nazywają? Które dni są święte w waszym kalendarzu? Ile macie tych świętych dni? Same szufladki i definicje. To było moje „chcę”, wynikające z głowy, „chcę wiedzieć”. Ale oni nie chcieli mi nic powiedzieć – nagle pojawia się w ich świecie biała osoba, która chce przejąć ich wiedzę od szamanów. A siła szamanów polega właśnie na tym, że oni tę wiedzę mają. Jeśli ją oddadzą, oddadzą swoją moc i siłę. Oczywiste jest więc, że nie zrobią tego w sposób bezpośredni, nie zrobią tego tak łatwo. Jeśli chciałam–pragnęłam się tego dowiedzieć, to musiałam na to zasłużyć. Zostać przez nich doceniona, przejść różne testy i próby.

Dla mnie takim testem i próbą była przede wszystkim cierpliwość. Dojrzenie do tego, że ja tak naprawdę wcale tych rzeczy nie chcę i nie muszę wiedzieć. Ja jedynie pragnę to poczuć, przefiltrować przez całą siebie. I w tym momencie zrozumiałam, że rodzi się we mnie i między nami sztuka. Rodzi się coś pięknego, czego nie umiem do końca nazwać, ale to właśnie to mnie pociąga, a nie poprzednia chęć wiedzy, przywłaszczenia sobie czegoś. To pierwsze „chcę” jest siłowe, staramy się coś komuś wydrzeć lub sobie albo innym udowodnić. To drugie jest przyzwoleniem na harmonię z otoczeniem.

W momencie, w którym przestałam zadawać im pytania, wywodzące się z naszego kręgu kulturowego, w którym musimy sobie wszystko włożyć w ramki i zdefiniować, nagle zrozumiałam, że cała ich kultura jest właśnie zaprzeczeniem naszego sposobu myślenia. Żeby zacząć wchodzić w ich kulturę, musiałam porzucić wszystko to, co było we mnie do tej pory. Oczekiwania, ramki, definicje. Nieważne, czy oni mają trzynastu bogów, dwóch, czy pięciu; czy w tym momencie ważny jest ten, czy tamten; nieważne jest jego imię – chodzi o tę wiarę, którą oni w danym momencie mają. O akceptację tu i teraz oraz tego, że wszystko płynie. Nauczyłam się nie zadawać pytań i rozmawiać ciszą.

Wyjeżdżałam stamtąd i wracałam, bo czasem chciałam się umyć (nie mieli tam konkretnego prysznica). Pytali mnie: „Kiedy wrócisz?”, a ja odpowiadałam, że nie wiem. Normalnie w takich sytuacjach pojawiłyby się pytania, których celem jest zdobycie informacji, która daje takie złudne poczucie bezpieczeństwa. Zapewnienia, że coś się wydarzy w przyszłości w taki sposób, w jaki my to zakładamy. Zresztą powiedzenie im poniedziałek czy wtorek też byłoby abstrakcyjne, bo nie definiują w ten sposób czasu.

Także „wrócę, kiedy wrócę”, ale będę. I w niepewności tego, że nie wiem kiedy, ale wiem, że będę z powrotem, takiej niepewności-pewności, znaleźliśmy się po prostu w ciszy. To było w trakcie jednej z fiest i ta cisza była najpiękniejszą lekcją tego wszystkiego. Ktoś sobie grał na bębnie, ktoś przysypiał, ktoś sobie mruczał i śpiewał, ktoś jadł… I to było takie zwykłe i tak piękne, że zrozumiałam, że właśnie w tym momencie – w tych odgłosach, które słyszę, w tym ich pięknym byciu – ta niepewność i samo zezwolenie na nią były najcudowniejszymi rzeczami, żeby przypieczętować naszą przyjaźń. Nie chodzi o to, żeby sobie wpadać w ramiona, ale o akceptację tego, że ktoś jest obok. Cieszmy się i celebrujmy to we wspólnym milczeniu, w byciu razem.

To był najpiękniejszy rodzaj akceptacji z ich strony, który miał miejsce po tym, jak byłam tam cztery miesiące. Przez trzy miesiące w ogóle nie wyciągnęłam kamery, więc to też uczyło mnie cierpliwości. Musiałam się najpierw z nimi oswoić i zaznajomić, zdobyć ich szacunek i zaufanie. Na początku nie pozwolili mi nawet wejść do chaty rytualnej, która znajdowała się na świętej ziemi. Później nie pozwolili mi wejść jednym z wejść, później pozwolili mi siedzieć w środku, a na samym końcu pozwolili mi już wszystko filmować, nagrywać i prowadzić w środku rozmowy i wywiady. Choć to nie były już suche wywiady, a bardziej współbycie w tym stanie.

Nauczyli mnie cieszenia się momentem i chwilą. W tej ich ciszy znalazłam najwięcej odpowiedzi na wszelkie moje pytania filozoficzne. Wszystkie odpowiedzi dotyczące ich duchowości, kalendarza, pojęcia świętości. Mówi się o antropologii uczestniczącej, ale dla mnie to doświadczenie było przekroczeniem pewnej granicy, wpłynięciem sacrum do mojej codzienności.

Musiałam się na nowo nauczyć myśleć – w sposób, który akceptuje chwilę obecną. Jeśli rozmawiałam z Majami o czymś dotyczącym wczoraj, to musiałam przynieść coś, co reprezentuje wczoraj. Słowo „wczoraj” jest tak abstrakcyjne, że nie można go wytłumaczyć. Wszystkie słowa w stylu: czas, przyszłość, miłość, przyjaźń, duchowość, kalendarz – trzeba się było ich wyzbyć, a to zmienia twój sposób myślenia. Niby znam hiszpański, ale okazało się, że on jest w ogóle nieważny. W sensie, że język jest nieważny, bo niby operowaliśmy tym samym językiem, ale mimo tego myśleliśmy na tyle inaczej, że nie mogliśmy się dogadać. To też była niesamowita lekcja. Przekroczenie granic kulturowych, których nauczyło mnie dotychczasowe wychowanie na Zachodzie i pozbycie się z użytku abstrakcyjnych pojęć spowodowało, że zostały jedynie słowa w stylu: kamień, kwiat, świeczka, ogień. To te słowa definiują majańską duchowość. Zrozumienie tego zupełnie zmieniło mój sposób myślenia o niej, a w efekcie zmieniło mnie samą.

Do tej pory duchowość była dla mnie trochę oderwana od codzienności. Taka czysta, biała, nieskalana pracą czy sprawami przyziemnymi. A tam duchowość była właśnie w tym kamieniu. Duchowość była w ogniu, w struganiu drewna, w chodzeniu po górach czy robieniu prania, bo nie było innego słowa, które by mogło duchowość nazwać. Tak też zrozumiałam Tzolkin, duchowy kalendarz Majów. Każdy dzień ma w nim przypisane jakieś inne zadanie fizyczne i czynność do wykonania: oddanie długów, leczenie, odprawienie rytuału. Czas jest u nich kolisty, działa w cyklu dwustu sześćdziesięciu dni. Nie ma początku, ani końca, nie ma przyszłości, ani przeszłości.

Duchowość wyrażana jest intencją i zadaniami, które masz wykonać w dany dzień. Do tego modlitwa, ale modlitwa, która musi być wypowiedziana słownie, w przeciwnym wypadku nie istnieje. Słowo ma moc stwórczą, co automatycznie oznacza, że jesteśmy odpowiedzialni za nasze słowa. Z momentem wypowiedzenia, stają się fizyczne. Aspekt duchowy i fizyczny są ze sobą nierozerwalnie związane. Gdy to do mnie dotarło, zaczęłam pewne rzeczy rozumieć na nowo. Zachowania, które na początku wydawały mi się tylko patologią, były w jakiś sposób uzasadnione kulturowo.

Czasem musisz przekroczyć siebie i totalnie zmienić punkt widzenia, żeby na nowo pokochać to, czego w pewien sposób nienawidziłaś. Inne światło rzucone na tę samą rzecz pokazuje nam inne jej strony. Uczysz się, że twoje początkowe miejsce odniesienia wcale nie jest tym ostatecznym. Kiedy mówimy, że czegoś nienawidzimy lub coś skreślamy z naszego życia, to uważamy, że tak już jest i tak już ma być. Ale głębia tej rzeczy, osoby czy sytuacji, które odrzucamy, zależy tylko i wyłącznie od tego, jak my na nie patrzymy. Co możemy z siebie dać, żeby je zrozumieć. Kiedy dasz światu szansę, mogą się przed tobą otworzyć rzeczy, których się nie spodziewałaś. Moje końcowe doświadczenie było możliwe tylko dzięki wytrwałości przy obranym na początku celu. Gdybym poddała się, kiedy minęło pierwsze zauroczenie projektem, nic bym się nie nauczyła.

Wróciłam z workiem rozterek, a do tego z tęsknotą zakorzenienia się gdziekolwiek. Pobyt tam był na pewno dużą podróżą do wewnątrz i pokazał mi, że teraz ja bym chciała poznać siebie. Zawsze wiodła mnie po świecie chęć poznania drugiego człowieka i opowiadanie o nim historii. Siebie traktowałam jak bibułkę, która tylko filtrowała informacje dla innych. Byłam łącznikiem między nami, a nimi. Wydawało mi się, że mam być w tym przezroczysta, jakby mnie nie było. Przygoda z Majami nauczyła mnie, aby najpierw zadawać pytania sobie, a potem innym.

Napisałam książkę, co było drugą częścią tego długiego związku, o którym wspominałam. Niezwykle trudno było wyrwać się z wiru pracy i znaleźć w sobie spokój, żeby móc znowu wejść w ten świat i o nim pisać, ale konsekwentnie to robiłam. Miałam już wydawnictwo, podpisany kontrakt i ustalony termin premiery, tylko w tej książce brakowało… mnie. Pisałam jakiś rozdział, a kiedy czytałam go po miesiącu to stwierdzałam, że on już jest nieaktualny, bo ja się zdążyłam w tym czasie zmienić.

Z wyprawy przywiozłam pięćdziesiąt kilogramów książek, więc w tamtym momencie było to cięższe ode mnie. Im więcej czytałam, tym więcej wiedziałam, że nie wiem. Nabierałam przekonania, że muszę jeszcze bardziej zgłębić ten świat. To była niekończąca się ścieżka dojrzewania do tego, żeby pisać o tak ciężkich tematach, bo przecież filozofia Majów, ich kultura i pojęcie czasu są bardzo głębokie. Nieustannie czułam, że to jeszcze nie jest to. Jednocześnie oddałam tę książkę wydawnictwu i upierałam się, żeby to był reportaż. Nie chciałam, żeby to była zwykła relacja podróżnicza, ale, jako że jestem młodą drobną blondynką, chciano zrobić z tego książkę przygodowo-podróżniczą. To by się im sprzedało. Do tego nadchodził „koniec świata Majów”, więc tym bardziej temat byłby chwytliwy. Nie zgodziłam się na to i ostatecznie rozwiązaliśmy umowę.

Teraz już wiem, że to nie był jeszcze czas na tę książkę. Nie mam wątpliwości, że ją wydam, ale nastąpi to w odpowiednim momencie. Nauczyłam się zgody samej ze sobą. Nie mam już presji, nikomu nic nie muszę udowadniać. Przede wszystkim sobie nic nie muszę udowadniać. Mogłam celować w wydanie książki na „koniec świata”, 21.12.2012, i byłby to zapewne sukces wydawniczy i kasowy. Jednak zdałam sobie sprawę, że nie chodzi mi o to, aby tę książkę po prostu wydać. Chcę być w stu procentach w zgodzie z samą sobą i podzielić się częścią czegoś, co mnie wzbogaciło. Poprzez moich bohaterów chcę inspirować innych.

Najważniejsza jest teraz dla mnie droga, którą z tą podróżą przeszłam. Wyjazd, książka, film – wszystko to było po to, żebym doszła do miejsca, w którym się obecnie znajduję, żebym była pełniej sobą.

A skoro o filmie mowa, tutaj też nie wszystko poszło po myśli Weroniki, ale, koniec końców, wszystko się udało.

Pewnego dnia, płynąc w czółnie przez rzekę, utopiliśmy kamerę. Nagle utopiłaś swoje marzenie – co teraz? Byłam ze znajomym, z którym kończyłam studia w Londynie, a który był tam głównie jako operator kamery. Powstało pytanie: ma wracać, bo już nie ma co robić, czy zostaje? I jeśli tak, to po co? Został i wtedy też podjęliśmy decyzję, że nie powstanie z tego film, tylko dokument multimedialny. Pozwoliło mi to skorzystać z kilku kanałów przekazu naraz, a dodatkowo znaleźliśmy w ten sposób wyjście z bardzo problematycznej sytuacji. Byliśmy tak daleko od cywilizacji, że wysłanie tej kamery do naprawy mijało się z celem. Byliśmy wtedy już pięć miesięcy w drodze i nagle nie mogliśmy dokończyć tego, czemu poświęciliśmy tak dużo czasu. Film nie miałby zakończenia.

Powstał więc pierwszy w Polsce dokument multimedialny, który połączył fotografię, film, tekst i dźwięk. Wcześniej Weronika sama nie wiedziała, na którą pasję postawić, a proces tworzenia dokumentu pomógł jej zadecydować, że postawi na film.

Po powrocie do Polski na dwa lata zatrudniłam się przy produkcji reklam telewizyjnych. Bardzo dobrze zarabiałam, współpracowałam z różnymi ekipami międzynarodowymi ekipami i bardzo dużo się uczyłam. Najpierw jako asystentka produkcji, a potem jako producentka. Przyjeżdżali do nas reżyserzy ze wszystkich stron świata, a ja tam byłam po to, żeby ich obserwować. Nie dla tych pieniędzy, ale żeby zobaczyć, jak ci reżyserowie myślą. Chciałam podążać za nimi i czerpać z ich doświadczenia. W momencie, kiedy stwierdziłam, że już się tego nauczyłam i że praca zaczyna robić się powtarzalna, postanowiłam stworzyć coś na własną rękę. Wiedziałam już wtedy, że chcę się zająć reżyserią i czułam, że przyszła pora o to zawalczyć.

Życie codzienne zaczynało mnie wtedy zabijać. Produkcja filmowa nie dawała kanału ujścia dla mojej kreatywności. Coraz silniej czułam, że muszę zacząć robić coś innego, bo wybuchnę. Każdy kolejny dzień był walką. Wtedy znowu doświadczyłam tego, że muszę iść za głosem serca. Jeśli odczuwam coś tak silnie, to nie mogę sama sobie powiedzieć „nie”. Jeśli czuję, że w tym momencie mam jechać do Japonii, to tak jest, mimo że nie wiem, dlaczego. Zresztą, pobyłam w cieniu, nabrałam powietrza w płuca i nadszedł czas znowu iść przed siebie.

Gdy tylko uzbierałam pieniądze na nowy aparat, rzuciłam pracę i pojechałam do Japonii. Poleciałam sama, kupiwszy bilet za tysiąc złotych, i nie wiedziałam, po co. Pierwszego dnia usiadłam gdzieś na ławce i zaczęłam się zastanawiać: co ja tutaj robię? Nagle obok mnie usiadł człowiek, od którego nie mogłam oderwać wzroku. To właśnie on został bohaterem mojego filmu. Okazało się, że on bardzo długo czekał na to, żeby taka osoba jak ja pojawiła się w jego życiu. To było niesamowite, jak dar od losu, który napisał najlepszy możliwy scenariusz do tego filmu, bo podyktowany przez zbiegi okoliczności.

Sam projekt kosztował mnie dużo stresu i wymagał wiary w to, że się uda – w końcu samodzielnie kręciłam film, a wiadomo, że normalnie pracuje na to kilkuosobowy zespół. I z tym projektem przeżyłam znajomy mi już związek, od zauroczenia przez nienawiść do miłości. Po powrocie z Japonii nabrałam jeszcze więcej pewności siebie. Dla tego wyjazdu, a tak w sumie dla robienia filmów, rzuciłam wszystko. Było warto.

Mimo tego, że rozmowy dotyczące pokazania projektu z Japonii szerszej publiczności były jeszcze w toku, Weronika nie zagrzała w Polsce miejsca zbyt długo. Znowu zaczęła tęsknić za mistycznym światem Majów.

Siedem miesięcy u Majów w Gwatemali było pewną podwaliną do tego, żeby zrozumieć sposób życia i filozofię ludów rdzennych. „Totemy mocy”, mój drugi samodzielny projekt zrealizowany w Amazonii, jest bardziej dojrzałym podejściem do tego zagadnienia, choć porusza zupełnie inny temat.

Weronika pracuje obecnie nad filmem dokumentalnym z drugiego wyjazdu do Ameryki Południowej, ale o tym może w przyszłości… Tymczasem, jakie lekcje z wyjazdów najbardziej wpływają obecnie na jej życie?

Rok temu spędziłam dużo czasu z pewnym japońskim mnichem buddyjskim, który mi powiedział: „Jedyna rzecz pewna w tym życiu to fakt, że będą w nim zmiany.” Wszystko jest jak rzeka, wszystko jest zmienne i nie ma nic „na pewno”. Poczucie bezpieczeństwa jest największą iluzją naszej cywilizacji. Wszystko budujemy na bieżąco. Jutro mogę nie być już tą samą osobą, co teraz, ponieważ dzisiaj może wydarzyć się coś, co mnie zdefiniuje na nowo. Wszystko jest w ruchu, nie ma nic stałego. Cały czas nad czymś pracujemy.

Z kolei gdy byłam w Mundo Maya, cokolwiek tam robiłam było związane z rodziną i społecznością. Tam jesteś po to, żeby się dzielić i być w większej grupie lub rodzinie. Ja tego nigdy nie doświadczałam, bo do tamtej pory zawsze wszędzie biegłam sama. Ta samotna gonitwa zaczęła mnie już męczyć i zachciałam osiąść w Warszawie. Mimo że miałam ofertę bardzo dobrej pracy w Londynie, to tutaj czuję przynależność do ludzi i więzi, które każdego dnia pozwalają mi podróżować w głąb. Nieważne, czy jesteś w dżungli, czy w Warszawie – jeśli jesteś u boku przyjaciółki czy rodziny, to budujesz coś pięknego. Tego nauczyli mnie Majowie z Gwatemali – dbania o codzienność i czerpania z każdej chwili.