Świadoma konsumpcja, nazywana też odpowiedzialną czy zrównoważoną, najczęściej przedstawiana i kojarzona jest z wyrzeczeniami, ograniczeniami i wysokimi kosztami. No to dzisiaj chcę się z Wami podzielić drugą stroną medalu, o której rzadko w tym kontekście słyszę – radością, która się z niej rodzi.

Za oknem burza, a ja w końcu – pierwszy raz po półtora miesiąca pobytu na Podlasiu – zaległam w ciągu dnia na kanapie z książką. Zapaliłam świeczkę, postawiłam ją przy naprędce zrobionym bukiecie z polnych kwiatów i wzięłam się za czytanie „Walden, czyli życie w lesie”. Ta kultowa dla wielu pozycja, napisana przez H.D. Thoreau, jest m.in. przenikliwą analizą struktur, jakie stworzył sobie (i w których się niejednokrotnie uwięził) człowiek. Wydana w połowie XIX wieku, zwraca uwagę na kuriozalne praktyki biznesowe i nierozerwalnie z nimi związane nawyki konsumenckie. Thoreau opowiada o doświadczeniach i obserwacjach  sprzed blisko dwustu lat, które równie dobrze można by przenieść na chwilę obecną – tylko w jeszcze bardziej intensywnej i wynaturzonej wersji.

I tak, czytając i rozmyślając sobie niespiesznie, co chwilę bawiłam się woskiem palącej się obok mnie świecy. Za którymś razem moje myśli poleciały za jej aromatem aż do dłoni Natalii z Natural Bee Candle, która ją wykonała. Młoda mama z małym Brzdącem, Natalia wytwarza je po godzinach (pracuje jako przedszkolanka) w swoim warszawskim domu. Poczułam ogromną wdzięczność za to, że przez długie miesiące wraz z mężem poszukiwali wiarygodnego dostawcy wysokiej jakości wosku pszczelego, mierząc się z frustracjami, chwilami zwątpienia i nieprzespanymi nocami. Od kilku lat korzystam już tylko z naturalnych świec z wosku pszczelego i jeszcze nigdy nie trafiłam na tak aromatyczny produkt. Gdyby nie ich trud i pasja, nie mogłabym się teraz rozkoszować widokiem i zapachem tych pięknych świec.

Chwilę później zaczęłam rozmyślać o Kornelii z Lilu2Art, dzięki której na nadgarstku noszę… łąkę. Nieustannie zachwycam się jej miniaturowymi dziełami sztuki. Za każdym razem, gdy zakładam wykonaną przez nią biżuterię, uśmiecham się do siebie, a przed oczami miga mi obraz jej piegów, ukochanych przez nią gór i poezji, przebijającej z jej wpisów w mediach społecznościowych. Najpierw znalazłyśmy się na Instagramie, osobiście poznałyśmy się w zeszłym roku po moim wystąpieniu na Zlocie Latającej Szkoły. Usiadła naprzeciwko mnie, a z moich ust wyrwało się: „Ty cała wyglądasz jak las!”.  Kilka miesięcy temu wybrałam się do niej na warsztaty haftu, które prowadzi w całym kraju, dzięki czemu na Podlasie przyjechały ze mną muliny i mały tamborek, który dostała wtedy każda z uczestniczek.

Następnie pomyślałam o serum z pączków kwiatów, drzew i krzewów, które codziennie rano wklepuję w skórę twarzy. Pachnie nieziemsko i super się wchłania, a składniki do niego potrzebne pozyskane zostały przez lokalną puszczańską zielarkę, Agnieszkę z Zielskiej Kolonii. Wnuczka zielarki i szeptuchy, samotna matka wychowująca dwójkę dzieci, kobieta o ogromnej wiedzy, którą chętnie się dzieli. Zresztą już niedługo pokażemy Wam, jak zrobić sobie własną, leśną i w 100% naturalną herbatę – ale to za tydzień.

Normalnie krem do twarzy, podobnie jak dezodorant, mydła czy maść na obolałe stawy (plus siniaki, ugryzienia, poparzenia, skaleczenia – zastosowania tej maści zdają się nie mieć końca), miałabym od mojej mamy, która trochę ponad dwa lata temu pojechała na weekendowy warsztat robienia naturalnych kosmetyków i… przepadła. W lesie, na łąkach i w kuchni, zbierając, susząc, mieszając, robiąc maceraty, wyciągi i inne cuda. Wie, skąd pochodzi każdy składnik robionych przez nią kosmetyków i po co się w nich znajduje. Kto z nas, kupujących „normalne” kosmetyki, może powiedzieć to samo?

A skoro jesteśmy przy skórze, to na niej często noszę ubrania od KOKOworld, krakowskiej marki, która swoje rzeczy szyje w małej, rodzinnej szwalni w Wieliczce (domu moich dziadków i wspomnień z dzieciństwa). Pojedyncze ubrania robią z organicznej bawełny, część kolekcji ozdabiają materiałami z warsztatów rzemieślniczych z Azji i Afryki, tym samym wspomagając tamtejszych twórców. Do tego wspierają akcje charytatywne i promują sylwetki aktywnych kobiet z pasją. Nosząc ich ubrania myślę czasem o właścicielce marki, Agacie, oraz o reszcie zespołu, którą miałam okazję poznać w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Cieszę się, gdy ktoś zagaduje mnie o to, co na sobie mam, bo wiem, że ubrania te szyte są nie tylko w dobry sposób i z dobrych materiałów, ale i z dobrych wartości, na których zbudowany jest ten biznes. Pomaga również fakt, że sweter, szal i bluza (ta ze zdjęcia), które od nich mam są moimi totalnymi ulubieńcami!

Podobnie jak płaszcz zimowy firmy Patagonia, w której jestem zakochana od kilku lat. Pierwszy raz zaczęłam się im przyglądać mieszkając na Hawajach, ponieważ ludzie, u których się zatrzymałam są jej ambasadorami niemalże od samego początku istnienia Patagonii. Kiedy zaczęłam poznawać historię firmy i jej założyciela, Yvon’a Chouinard’a, odzyskałam wiarę w to, że duże, międzynarodowe biznesy mogą działać w sposób odpowiedzialny i zrównoważony. Poza tym, że Patagonia skrupulatnie śledzi swój łańcuch dostaw (czyli to, skąd pochodzą wykorzystywane przez nich materiały, jak są wytwarzane, przez kogo i w jakich warunkach) i nieustannie rozwija technologie produkcji odzieży, która jest jak najmniej szkodliwa dla środowiska, dodatkowo sponsoruje oddolne inicjatywy ekologiczne w kilkunastu krajach na świecie (niestety Polski jeszcze na tej liście nie ma, ale np. Czechy już tak), szkoli aktywistów i zachęca swoich pracowników do odbywania wolontariatów. W przypadku tych długoterminowych, trwających do dwóch miesięcy, wypłaca im normalną pensję.

Dodatkowo Yvon Chouinard jest założycielem fundacji 1 % dla Planety oraz wykorzystuje zasoby swojej firmy do finansowania społecznych i ekologicznych start-up’ów oraz zaangażowania w ochronę środowiska w USA. Na przykład teraz, wytaczając proces sądowy Trumpowi, by ochronić pomnik przyrody Bears Ears. Samo pisanie o tym sprawia, że łzy stają mi w oczach. Bo jeśli ktokolwiek kiedykolwiek powiedział Wam, że w biznesie zawsze chodzi tylko o pieniądze, był w błędzie. Dlatego, mimo że ubrania Patagonii są dość drogie, a w Polsce też słabo dostępne, nie wyobrażałam sobie kupić płaszcza innej firmy. I noszę go z radością – nie dlatego, że jakoś super w nim wyglądam, choć skrojony jest świetnie, ale dlatego, że wiem, czyj biznes i jakie działania tym zakupem wspieram.

Mogłabym tak wymieniać i wymieniać:

Emaliowane naczynia, na których jemy, robione są przez Emalco, rodzinną firmę z Siedlec. Waldek i Ania, małżeństwo i współwłaściciele firmy, są miłośnikami spędzania czasu na świeżym powietrzu, co widać we wzorach i projektach ich naczyń. Na kanapie otulam się materiałem, który Piotrek przywiózł z ukochanej Boliwii, a łóżko ścielimy narzutami batikowymi, które siedem i pół roku temu przywiozłam z Indonezji, z pierwszej samodzielnej podróży z plecakiem.

Leżąc tu patrzę na regał, na którym stoją słoje wypełnione produktami sypkimi z Kooperatywy Spożywczej Dobrze, z której przywiozłam do Puszczy kilogramy zapasów kasz, pestek, orzechów i innych sypkich produktów. Co prawda nie znam rolników, spod rąk których dotarła do mnie komosa czy pestki dyni, ale wiem, w jaki sposób je wyprodukowali. Wiem, że do ziemi, wody i powietrza nie dostały się trujące substancje, dzięki czemu i ja i środowisko jesteśmy zdrowsi. Cieszę się ogromnie, że są jeszcze ludzie, którzy w ten sposób działają i dzięki którym ja mogę wypełniać swoje słoje ekologicznym jedzeniem.

Nakrętki słojów maluję farbą Annie Sloan, która stworzyła nietoksyczny produkt, jakiego nie mogła kiedyś znaleźć na rynku. Etykiety, które czekają na laminowanie i naklejenie na słoiki, naszkicowane zostały przez córkę znajomych, dzięki czemu regał stanie się niedługo wystawą mini obrazów. W kuchni nie mamy prawie plastiku, mamy za to dużo szkła i drewna. Jako że nie mamy tu szuflady na sztućce, stoją one w dzbaneczku z ceramiki siwej, wytworzonym w bodajże ostatniej pracowni tego typu w Polsce, znajdującej się w pobliskiej Czarnej Wsi Kościelnej. Co ciekawe, Paweł, jej właściciel, zarzekał się, że nie będzie kontynuował rodzinnych tradycji, po czym po kilkunastu latach wrócił do zajęcia przodków.

CZYM JEST DLA MNIE ŚWIADOMA KONSUMPCJA?

Okazuje się, że zupełnie nieplanowanie, i do momentu napisania tego tekstu zupełnie niezauważenie, świadoma konsumpcja doprowadziła mnie do miejsca, w którym otaczam się nie tylko danymi przedmiotami, ale i pasją, marzeniami i historiami ludzi, którzy je stworzyli. Z jednej strony stała się drogą do jeszcze lepszego poznania swoich potrzeb i nieulegania presjom tego, co „modne”, co „trzeba mieć”, czego „przecież wszyscy używają”. Kupuję tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuję i tylko rzeczy, które dają mi długofalową radość, a nie chwilowy zastrzyk serotoniny w sklepie. Radość ta płynie ze świadomości tego, że swoim zakupem nie tylko zaspokajam swoją potrzebę, ale i wspieram wytwórcę produktów, których używam i jego wartości, które spójne są z moimi. Zakładają one szacunek do przyrody i ochronę środowiska, wykorzystywanie swojego biznesu do wspierania innych oraz codzienne urzeczywistnianie wizji świata, którą w sobie noszę.

Z drugiej strony wyznaczyła drogowskazy w podróży do dużo bardziej estetycznego i intencjonalnego życia. Rzeczy mają nie tylko być i wypełniać swoją funkcję, ale i sycić zmysły, inspirować oraz pokazywać alternatywy dla powszechnie obowiązującego modelu konsumpcji. Świadomie wybrane przedmioty, wytworzone w zrównoważony sposób, umacniają we mnie przekonanie, że można inaczej – i jako twórca, i jako konsument.

Przyznam, że sama nigdy wcześniej nie myślałam o odpowiedzialnej konsumpcji w kategoriach pozytywnych emocji, które we mnie wywołuje, ale od kiedy uświadomiłam sobie wszystkie przykłady, które opisałam powyżej oraz emocje, które we mnie wywołują, sprawa stała się oczywista!

Czy taki sposób konsumpcji wiąże się z wyrzeczeniami, ograniczeniami i wyższymi kosztami?

Przynajmniej na początku może wiązać się z poczuciem zagubienia, zniechęcenia i beznadziei. A przynajmniej tak było w moim przypadku, gdy zaczęłam uważniej przyglądać się temu, jakie rzeczy mnie otaczają. Następnie przyszedł trud włożony w rewaluację dotychczasowych nawyków konsumenckich, po którym był wysiłek włożony w to, jak znaleźć alternatywy: czy istnieją? gdzie? czy mnie na nie stać?

Pamiętam, jak niecałe dwa lata temu, na etapie przyglądania się temu, co, jak i w jakich ilościach jest produkowane, byłam tak załamana, że płakałam chłopakowi w ramię, mówiąc, że ja się „nie ogarnę w świecie materialnym”. Byłam tak przytłoczona tym, co zaczynałam dostrzegać i rozumieć, że byłam pewna, że nigdy już nie będę w stanie zarabiać i wydawać bez poczucia winy czy chodzenia na duże kompromisy moralne. Po czasie jednak okazało się, że na to – jak i na wszystko inne – też są sposoby. Żyjąc jednak w głównym nurcie naszego społeczeństwa, najczęściej o nich nie wiemy. To dlatego w takich szczegółach opisałam przykłady podane na początku wpisu – jeśli ktoś z Was jest na etapie, na którym ja byłam wtedy, niech wie, że znajdzie alternatywy dla wszystkiego, czego potrzebuje!

I z obecnego miejsca powiem Wam, że warto przejść tę drogę.
Otaczać się sztuką, zamiast badziewiem.
Przestrzenią, zamiast ściskiem.
Drewnem, zamiast plastikiem.
Naturą, zamiast chemią.
Autentycznością, zamiast sztucznością.
I żyć z radością, która z tego płynie.

A jak jest z Wami? Lubicie wiedzieć, gdzie, przez kogo i w jaki sposób zostały wyprodukowane używane przez Was rzeczy, czy raczej o tym nie myślicie? Czym kierujecie się, sięgając w sklepie po ten, a nie inny produkt? Idąc do tego, a nie innego sklepu? Ciekawa jestem Waszych doświadczeń w tym temacie.


Materiał ten powstał w ramach projektu Las w Nas.

las w nas laswnas.com baner banner magda bębenek piotr horzela

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+