Dziś Światowy Dzień Organizacji Pozarządowych, czyli tak zwanego „trzeciego sektora”. Wspieranie inicjatyw oddolnych – nie tylko pod postacią formalnie zarejestrowanych organizacji pozarządowych – jest dla mnie obecnie czymś zupełnie naturalnym, ale nie zawsze tak było. Z okazji święta NGO-sów napisałam dziś garść przemyśleń w temacie tego, kogo i dlaczego moim zdaniem warto wspierać.

Nie pochodzę z domu, w którym zaangażowanie społeczne, ekologiczne czy polityczne było jakkolwiek obecne w naszym codziennym życiu. Nie przypominam sobie wspólnych wolontariatów czy nawet rozmów o potrzebie wspierania jakichkolwiek inicjatyw naszymi pieniędzmi lub czasem. Dopiero jako dorosła osoba zaczęłam się orientować, że sektor organizacji pozarządowych jest kluczowy dla budowania solidarności i społeczeństwa obywatelskiego, a także ochrony środowiska naturalnego i szeroko rozumianych postaw proekologicznych.

Na początku myślałam jednak, że finansowo wspierać innych będę mogła dopiero wtedy, gdy sama będę dużo zarabiać – cokolwiek by to nie miało oznaczać. Żyłam więc własnym życiem: oszczędzałam, wydawałam i konsumowałam, nie poczuwając się za bardzo do przelewania jakichkolwiek pieniędzy na rzecz ludzi, którzy starali się zrobić coś dobrego dla innych.

Jednym z momentów przełomowych w kontekście mojego myślenia na temat tego, jakie trzeba mieć zasoby, by pomóc komuś finansowo miał miejsce w trakcie mojego pobytu na Hawajach. Któregoś dnia rozmyślałam nad tym, jak udało mi się wydać moje pierwsze dwie książki (premiera trzeciej już 21 marca!) przy wsparciu biznesów, których właścicielki przekazały mi środki potrzebne na druk pierwszego nakładu. W przypadku „Bohaterki” była to jedna osoba, w przypadku „Czterdziestki” – dwie. Poczułam ogromny przypływ wdzięczności do tych dwóch kobiet, które z wielkim zaufaniem i szczodrością przelały mi pieniądze firmowe, które mogły wykorzystać w wielu innych celach. A jednak postanowiły je przeznaczyć na wsparcie niszowego projektu młodej dziewczyny z wielkimi marzeniami. Pamiętam bardzo dobrze, jak w tamtym momencie narodziło się we mnie pragnienie, by kiedyś – jak już będę miała „dużo” pieniędzy – być w stanie zrobić to samo dla kogoś innego.

Jak to często bywa, nie musiałam długo czekać, aby świat dał mi okazję do zweryfikowania mojego pragnienia: dosłownie dzień czy dwa później dostałam maila od organizatorek projektu Dziewczyny na fali z prośbą o patronat medialny. Weszłam na ich stronę i po chwili trafiłam na zakładkę z opisem świadczeń dla patronów i sponsorów. Kiedy spojrzałam na kwoty, których dziewczyny potrzebowały od sponsorów, od razu pomyślałam: czekaj, przecież ja mogę być ich sponsorką!

Mimo że kilka miesięcy przed wyjazdem i w trakcie samego pobytu na Pacyfiku praktycznie nie pracowałam zarobkowo, na koncie firmowym miałam wystarczająco dużo środków, żeby zostać diamentowym sponsorem tej akcji. Stwierdziłam, że najwyżej przez dwa czy trzy miesiące nie wypłacę sobie żadnej pensji, na co mogłam sobie pozwolić dzięki niskim kosztom życia i oszczędnościom ze sprzedaży drugiej książki, z których wtedy żyłam. W efekcie napisałam Dziewczynom na fali, że nie chcę być ich patronką medialną, a sponsorką. Tamto wydarzenie bardzo szybko pokazało mi, że myślenie, iż mogę kogoś wesprzeć dopiero jak będę miała „dużo” pieniędzy jest złudne i – najnormalniej w świecie – nieprawdziwe.

Kolejna hawajska lekcja tego, jak łatwo i radośnie można przekazywać choćby małe kwoty na wsparcie ważnych dla mnie akcji zrodziła się, gdy dowiedziałam się o ruchu ochrony wulkanu Mauna Kea. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że obserwowanie go – zarówno na żywo, jak i później przez Internet – odmieniło moje życie. Hawajczycy odpalili kilka zbiórek dookoła ruchu Protect Mauna Kea, chociażby na koszty utrzymania obozu czy opłacenia kaucji osób aresztowanych w ochronie wulkanu, a ja każdorazowo bez wahania przesyłałam kilkanaście(dziesiąt) dolarów.

W tamtym czasie kilka razy wsparłam też jakąś kampanię którejś z dużych międzynarodowych organizacji, ale wraz ze wzrostem świadomości wielu problemów dookoła tych instytucji, szybko przestałam to robić – zorientowałam się, że bardzo wiele z nich działa tak naprawdę jak korporacje „pomocowe” czy „ekologicznie”. Gdy zaczęłam zgłębiać temat okazało się, że wielkie NGO-sy bardzo często operują w sposób nieefektywny, niewydajny i – co gorsze – ze szkodą dla tych i tego, na rzecz czego kwestują.

Nastał etap dezorientacji, braku zaufania i niewspierania sektora pozarządowego. Obawiałam się, że dokonam złego wyboru i swoją darowizną umożliwię problematyczne zachowania, a równocześnie nie znałam za bardzo alternatyw dla tych najbardziej rozpoznawalnych i „renomowanych” organizacji. Pamiętam momenty, gdy czułam chęć przekazania komuś pieniędzy, ale tego nie robiłam, bo zupełnie nie miałam pojęcia komu. Zresztą z moich rozmów z bliższymi i dalszymi znajomymi wynikało, że nie byłam w tym sama. Na szczęście z czasem zaczęłam odkrywać siłę i mnogość cudownych, lokalnych oraz kompletnie oddolnych inicjatyw, które działały w sposób bardzo ze mną spójny.

Kolejnym momentem przełomowym było dla mnie trafienie na FB na akcję Podziel się kanapką. Była to zbiórka zainicjowana przez prywatną osobę na rzecz piętnaściorga dzieci, które na czczo przychodziły do szkoły w jednej z mazurskich wsi. Ludzie, którzy trafili na stronę wydarzenia w przeciągu tygodnia zebrali środki, które pozwoliły Pani Dyrektor na zapewnienie dzieciom śniadań przez dwa pełne semestry. Koszt jednej kanapki? 1.50 zł.

Akcja ta była dla mnie przełomowa z kilku powodów. Po pierwsze bezpośrednio skonfrontowała mnie z rzeczywistością, która była mi tak naprawdę obca, czyli z faktem, że dzieci w Polsce cierpią głód z powodu braku jednego i pół złotego. Po drugie pokazała mi, jak wiele osób chce się zaangażować, gdy stworzy im się do tego okazję, a próg wejścia nie jest wysoki. Po trzecie zainspirowała refleksję nad tym, jaką wartość ma kwota, o której większość z nas nawet by nie pomyślała. A wartość ta wykracza poza samą kanapkę, która zaspokoi fizyczny głód uczniów. Brak głodu oznacza, że dzieci mogą się lepiej skupić, dzięki czemu mają szanse lepiej przyswajać wiedzę i być z siebie zadowoleni, co ma potencjał odmienienia trajektorii całego ich życia. Dodatkowo bycie zadbanym przez obcych pokazuje, że nie jesteśmy sami na świecie, a ludzie są dobrzy i pomocni. Myślę, że to doświadczenie potrzebne każdemu z nas, a szczególnie dzieciom.

Dodatkowo akcja ta skierowała moje myśli na tory comiesięcznego przesyłania określonej kwoty pieniędzy na rzecz podobnych inicjatyw, najlepiej w grupie znajomych, żeby móc osiągnąć podobny – wymierny – efekt jak w przypadku Podziel się kanapką. Pamiętam swoje refleksje na ten temat i wizję tego, że dziesięć procent Polaków  puszcza w ruch po 50 zł miesięcznie na konto różnych organizacji pozarządowych. Pięćdziesiąt złotych nie brzmi zbyt imponująco, nie? A pomnożone przez prawie cztery miliony osób daje blisko 2 000 000 złotych. Miesięcznie.

Jak myślisz, jak szybko zmieniłaby się nasza rzeczywistość? Ja myślę, że w oka mgnieniu.

Próbowałam nawet potworzyć grupki znajomych, z którymi mogłabym zacząć ten pomysł wprowadzać w życie, ale odzew był praktycznie zerowy, a ja z jakiegoś powodu nie pociągnęłam tematu. Wtedy też po raz pierwszy na poważnie pojawiła się we mnie koncepcja włączania zbiórek pieniędzy na cele dobroczynne jako element imprez i spotkań towarzyskich, którą teraz wcielam w życie w trakcie spotkań Biblioteczki Siedmiu Pokoleń czy spacerów po lesie, które organizuję w ramach „Las w nas” (w zeszłym roku wspieraliśmy plemię Kuntanawa z terytorium obecnej Brazylii, a w tym roku nację Wet’suwet’en z terytorium obecnej Kanady).

W ostatnich latach spędzałam sporo czasu czytając, słuchając i oglądając treści o sposobie funkcjonowania naszej gospodarki i systemu finansowego. Im dłużej to robiłam, tym mocniej upewniałam się w podejściu, że wybierając, co robię z moimi pieniędzmi (jak je zarabiam i jak je wydaję), wybieram, jaki świat wspieram. Gdy zaczęłam w ten sposób myśleć o pieniądzach – jednocześnie coraz bardziej podważając koncepcję ich kumulacji gdzieś na koncie, zamiast wprawiania ich w ruch i używania do robienia dobrych rzeczy – dużo częściej zaczęłam się dorzucać do różnych oddolnych akcji.

Kolejną cegiełkę dołożyła Judyta, jedna z bohaterek mojej nowej książki, „Świat naszych marzeń”. W trakcie wywiadu do „Polki” opowiedziała mi m.in. o dziesięcinie, którą praktykuje:

„(…) w myśl idei dziesięciny, czyli przekazywania dziesięciu procent naszych pieniędzy na cele dobroczynne. I to dziesięć procent mojej pensji traktuję nie jak moje, a innych ludzi. Czasem zabiorę kogoś, kto mieszka na ulicy do dobrej restauracji, żeby usiąść i kulturalnie porozmawiać, a także pokazać godność tej osoby. Czasem przekażę pieniądze na leczenie kogoś chorego, jak obecnie mojej znajomej Kenijki, albo oddam je znajomym, którzy mają problem ze znalezieniem pracy.”

Słuchając jej postanowiłam, że zacznę robić to samo i od tego momentu wprowadzałam w życie nawyk regularnego przekazywania pieniędzy na konto inicjatyw i organizacji pozarządowych. Zdecydowałam też, że oficjalnie zobowiążę się do przekazywania 10% zysku ze sprzedaży nowej książki na wsparcie wartościowych projektów.

Ostatnią cegiełkę do mojego obecnego podejścia do wspierania organizacji pozarządowych dołożyłam za sprawą osób przemawiających w trakcie konferencji Climate Change & Consciousness, na której byłam w zeszłym roku w szkockiej Findhorn Foundation. Słuchając kolejnych mówców z Brazylii, Kolumbii, Namibii, Senegalu, Nowej Zelandii czy Australii zrozumiałam, że jedną z najważniejszych rzeczy, które mieszkańcy Zachodu – w tym ja – mogą obecnie robić dla ochrony środowiska naturalnego i przeciwdziałania niesprawiedliwościom społecznym jest przesyłanie funduszy na wsparcie rdzennych inicjatyw ekologicznych i społecznych z różnych części świata.

To właśnie dlatego w trakcie organizowanych przez siebie wydarzeń zbieram na ten cel, to dlatego przeznaczam na niego swoje prywatne środki i to dlatego zrobię to samo z częścią zysku ze sprzedaży nowej książki. Nie będzie to jednak 10%, jak zakładałam początkowo. Dlaczego?

Uczestniczyłam ostatnio w konferencji online organizowanej przez GEN, Global Ecovillage Network. W ramach Communities for future nagrano trzydzieści wywiadów z osobami  zajmującymi się ochroną środowiska naturalnego, permakulturą i rolnictwem regeneracyjnym, uzdrawianiem zdewastowanych ekosystemów czy budowaniem społeczności intencjonalnych w stylu ekowiosek. Wśród nich był Angaangaq Angakkorsuaq, członek rdzennej starszyzny z Grenlandii, którego pierwszy raz poznałam w Szkocji. Jest to niesamowity nauczyciel i uzdrowiciel o przepięknej energii i szczerym, przejmującym przesłaniu.

Opowiadał m.in. o tym, że od blisko pięćdziesięciu lat jeździ po świecie i opowiada o topnieniu Wielkiego Lodu na Grenlandii oraz zagrożeniach z tego wynikających, a mimo regularnych owacji na stojąco – również w trakcie szczytów ONZ czy na innych podobnych forach – nikt nie podjął żadnego znaczącego działania. Mało tego, z roku na rok i z dekady na dekadę jest coraz gorzej. Angaangaq miał w związku z tym różne chwile załamania, a na koniec zadał sobie pytanie: co mogę robić inaczej? Skoro to, co robię od pięciu dekad nie działa, to co i jak mogę robić inaczej? Pytanie to niesamowicie mnie pobudziło i skłoniło do refleksji. Zatrzymałam nagranie wywiadu, wzięłam kartkę papieru i zaczęłam pisać. Jedną z rzeczy, które wypisałam jest: więcej dawać. I jednym z tego aspektów będzie przekazywanie 20% zysku z mojej nowej książki na wspieranie ludzi takich jak Angaangaq.

 

 

Dojście do miejsca, z którego operuję obecnie trwało wiele lat i trochę żałuję, że nie trafiłam na wpis podobny do tego na początku swojej drogi. Z drugiej strony lepiej późno niż wcale! Jeśli tak jak kiedyś ja zastanawiasz się czasem, kogo wesprzeć swoimi pieniędzmi, na koniec polecam Ci kilka z inicjatyw, które wspieram obecnie:

  1. Hawajski ruch ochrony wulkanu Mauna Kea.
  2. Ochrona terytorium nacji Wet’suwet’en przez nielegalnym ropociągiem na terenie obecnej Kanady.
  3. Stop Ecocide – globalna kampania na rzecz wprowadzenia kategorii ecocide, czyli zbrodni ekologicznej, jako jednej ze zbrodni przeciwko pokojowi na świecie.
  4. No white savours – ugandyjska organizacja edukująca i prowadząca działania prawne m.in. w temacie szeroko rozumianej „pomocówki” i przemysłu charytatywnego nakręcanego przez niekompetentnych ludzi Zachodu (bardzo polecam ich konto na Insta).
  5. Medicine Theory – webinary prowadzone przez rdzenną aktywistkę, edukatorkę i artystkę Lylę June.
  6. Plemię Kuntanawa – jedno z dwunastu rdzennych plemion w stanie Acre na terenie obecnej Brazylii; działają m.in. w kierunku zalesienia wykarczowanych obszarów lasów, ochrony dziewiczych terenów i rewitalizacji swojego języka oraz tradycji.
  7. The story of stuff – świetny cykl filmów edukacyjnych oraz działalność m.in. w kierunku uwolnienia się od plastiku.

 

Jeśli chcesz bieżącej inspiracji w tym temacie, to inicjatywy i zbiórki, które wspieram wrzucam zazwyczaj w Stories naszego profilu na Instagramie.

Zdjęcie tytułowe: Ricardo Levins Morales
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+