Psychologia prenatalna i perinatalna, inaczej przedporodowa i okołoporodowa, pojawiła się w moim życiu około rok temu i dość szybko okazało się, że – po latach spędzonych na zgłębianiu regulacji autonomicznego układu nerwowego – to kolejny brakujący element układanki w mojej podróży osobistej i zawodowej. Z ogromną radością zaczynam dzielić się tym tematem również z Wami, za sprawą pierwszego z serii wywiadów z Cherionną Menzam-Sills, jedną z ekspertek w tej dziedzinie.

Cherionna jest terapeutką prenatalną i porodową, terapeutką ruchu i biodynamiczną terapeutką czaszkowo-krzyżową. Posiada czterdziestoletnie doświadczenie, w tym tytuł magistra psychologii somatycznej (terapia tańcem i ruchem) oraz doktorat z psychologii prenatalnej i okołoporodowej. Ma uprawnienia do prowadzenia terapii zajęciowej i pracy z masażem. Intensywnie studiowała Body-Mind Centering® i psychoterapię ciała i umysłu u Susan Aposhyan, spędziła także dziesięć lat w intensywnym treningu z pionierami psychoterapii prenatalnej i porodowej, Williamem Emersonem i Rayem Castellino. Przez ostatnią dekadę jej życia, intensywnie współpracowała z twórczynią Continuum Movement, Emilie Conrad. Emilie upoważniła Cherionnę do prowadzenia zajęć Continuum w 2007 roku. Jej praca jest wzbogacona wieloletnią, intensywną praktyką medytacji Vipassana i innych praktyk uważności.

Cherionna wykładała na kierunku studiów podyplomowych z psychologii somatycznej oraz psychologii prenatalnej i porodowej na Uniwersytecie Naropa i w Santa Barbara Graduate Institute. Przez dwadzieścia lat uczyła również embriologii poprzez ruch. Prowadziła zajęcia z Continuum i biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej w Ameryce Północnej i Europie, często z mężem Franklynem Sillsem. Jest autorką trzech książek: „The Breath of Life: An Introduction to Craniosacral Biodynamics”, „Spirit into Form: Exploring Embryology and Prenatal Psychology” oraz wydanej wcześniej w tym roku „The Prenatal Shadow: Shining Light on Prenatal and Birth Experience”.

W dzisiejszym odcinku rozmawiamy o wątkach poruszonych w najnowszej książce Cherionny, „The Prenatal Shadow”, skupiając się na okresie prenatalnym, a więc od momentu poczęcia do momentu narodzin. Wbrew temu, co często zwykło się powtarzać, dla wielu z nas okres życia płodowego wcale nie był ciepły, bezpieczny i przyjemny, a rozwijanie się w ciele naszej mamy związane było z wieloma wyzwaniami i – nierzadko – traumami. A te, nieświadomie i nieprzerwanie, wpływają na nasze dorosłe życie. To tak bogaty, ważny i rozległy temat, że dwa tygodnie później spotkałyśmy się na kolejne nagranie, kontynuując wątek tematów prenatalnych.

Z naszej pierwszej rozmowy dowiesz się m.in. o tym:

  • czym jest psychologia prenatalna i perinatalna
  • jakie są prenatalne rozwojowe kamienie milowe
  • jak doświadczenia z pierwszych dni i tygodni po zapłodnieniu mogą manifestować się w naszym późniejszym życiu
  • czym jest pierwotny potencjał embriologiczny
  • dlaczego ważna jest świadomość historii naszych podwójnych wiązań (i czym one są)
  • w jaki sposób uzdrawianie doświadczeń prenatalnych wpływa na nasze relacje
  • a także… w jaki sposób balet i tańce ludowe odtwarzają wątki płodowe i porodowe.

Możesz obejrzeć wywiad z polskimi napisami lub poniżej przeczytać jego transkrypcję.

Oświetlenie w pomieszczeniu, w którym nagrywałam wywiad mocno zmieniało się w trakcie naszego spotkania – przepraszam za wszelkie niedogodności związane z odbiorem. Czasem wyglądam, jakby nałożony był zielony filtr – to tylko wędrujące światło słoneczne padające przez liście winogron, które częściowo pokrywają okna mojego salonu :)

Smacznego!

Magda: Cześć, Cherionno. Dziękuję, że z nami jesteś.

Cherionna: Dziękuję za zaproszenie.

M: Dzisiaj zaczniemy nieco inaczej niż poprzednie rozmowy, oddam więc głos Cherionnie. Czy możesz nas powitać?

C: Witajcie.

Powitanie jest pierwszą zasadą, którą kieruję się w swojej pracy. Nauczyłam się jej od mojego mentora, Raya Castellino. Witamy siebie same, witamy siebie nawzajem i witamy tę chwilę oraz wszystko, co się wydarza. Spodobał mi się Twój pomysł, żeby zacząć od krótkiej medytacji. Dla mnie polega ona na powitaniu danego momentu, a także samych siebie. Chciałabym dać nam kilka minut na wyciszenie i osadzenie się w tu i teraz. Zauważam, że mówiąc to, biorę głębszy wdech.

Zachęcam was do zauważenia, czy i wy oddychacie oraz jak płynie wasz oddech. Zawsze uważam, że dobrym punktem wyjścia jest ciekawość dotycząca naszego punktu wyjścia. Co jest dla nas obecne teraz, gdy zaczynamy? Może to być oddech. Mam nadzieję, że wszyscy oddychają (śmiech). Jak czujemy nasz oddech w tej chwili?

Być może jesteśmy świadomi naszych myśli, uczuć, emocji i innych odczuć z ciała poza oddechem lub towarzyszących oddechowi. Szczególnie pomocne może być zwrócenie uwagi na nasze podłoże i to, jak łączymy się z Matką Ziemią. Lubię myśleć, że zawsze jest z nami, trzymając nas na swoich kolanach. Jak to jest w tym momencie odpocząć, czując jej wsparcie? Czy możliwe jest to zauważyć? Możemy poczuć miejsca, w których nasze ciało ma kontakt z powierzchnią, na której siedzimy. Możemy poczuć ciężar ciała czy kontakt naszych nóg i stóp z tym, na czym siedzimy. Możemy poczuć punkty styku z tą powierzchnią. Może być nam trudno to poczuć, wracamy więc do pierwszej zasady i witamy to, co czujemy i zauważamy. Być może zauważamy, że czegoś nie czujemy.

Wiem, że pracujesz z traumą, Magdo, twoje wywiady o tym są. Brak czucia może być związany z czymś, co wydarzyło się w przeszłości i nie zostało jeszcze rozwiązane. Czy możemy powitać tę inteligencję w nas, która wiedziała, że w pewnym momencie musimy przestać czuć, aby przetrwać i poradzić sobie z tym, co się działo? Może nie jest to już obecnie konieczne, ale stało się nawykiem. Już samo uświadomienie sobie tego może zacząć osłabiać jego wpływ na nas.

Zauważam, że zwalniam tempo, kiedy o tym mówię. Moje doświadczenie pokazuje, że zwolnienie tempa jest również sposobem na zwiększenie świadomości. Trudno jest być świadomym, kiedy się spieszymy, próbując coś ogarnąć. Ale kiedy zaczynamy zwalniać tempo, możemy być bardziej obecni. Wtedy mamy większy dostęp do podjęcia wyboru, a nie tylko odgrywania naszej historii. Zapraszam więc wszystkich do poświęcenia chwili, aby zobaczyć, czy jest możliwe osadzenie się w tym momencie, niezależnie od tego, co ze sobą niesie. Co pomoże ci trochę bardziej odpocząć i po prostu być?

W pracy z traumą mówimy o zasobach, czyli, prościej mówiąc, o wsparciu. Co jest twoim zasobem w tym momencie? Co daje ci znać, że wszystko jest w porządku, że jesteś bezpieczna w tym konkretnym momencie? Być może są to otwarte oczy i świadomość tego, co znajduje się w twoim pomieszczeniu. Patrząc na ekran widzę w tle moje rośliny, które są dla mnie dużym zasobem.

M: Sama patrzę właśnie na te, które mam przed sobą, czyli za komputerem.

C: Rośliny mogą być doskonałym zasobem. Natura może być wspaniałym zasobem, podobnie jak myślenie o miejscu, które chcielibyśmy odwiedzić, różne przedmioty. To mój zaprzyjaźniony kryształ, który mam od wielu, wielu lat. Żyje na półce, ale poczułam, że ma być tu dzisiaj ze mną. Dobrze się czuję, gdy jest blisko.

Właśnie przypomniałam sobie, że jako nastolatka chodziłam po szkole, trzymając duży kamień. Nie znałam idei uziemiania, ale dokładnie tego zasobu potrzebowałam. Ktoś napisał w moim roczniku: „Zawsze będę pamiętał ciebie i twoje kamienie”. Teraz, gdy mam wiedzę o traumie, rozumiem, co robiłam. Wtedy jej nie miałam, przynajmniej nie na poziomie intelektualnym – moje ciało wiedziało. Tak więc zasoby, obecność… Zauważ, co jest takim kamieniem w twoim życiu. I jakie odczucia towarzyszą ci w ciele, gdy o tym myślisz?

Często, kiedy korzystamy z jakiegoś zasobu, spontanicznie pojawia się głębszy oddech lub pełniejsze oddanie ciężaru ciała podłożu i Matce Ziemi, może poczucie większego rozluźnienia czy przestrzenności w ciele, może moment zwolnienia. Coraz bardziej lądujemy, tu i teraz.

Czuję, że chcę powitać cię, Magdo, oraz wszystkich, którzy nas oglądają.

M: Dziękuję ci za to.

To jedna z rzeczy, których obecnie uczę się dogłębnie, zarówno we własnym procesie terapii z osobą posiadającą bogate doświadczenie w pracy przedporodowej i okołoporodowej, oraz dzięki edukacji, którą zdobywam w tej dziedzinie: jak niesamowicie ważne jest być naprawdę mile widzianą i jak niewielu z nas faktycznie doświadczyło bycia w pełni powitanym, zwłaszcza w pierwszych chwilach naszego życia.

Dziękuję za tę chwilę lądowania i uziemienia. Czuję dużo mniej stresu związanego z nagrywaniem.

C: To świetnie.

M: Zakładam, że część widzów również zauważy efekty.

Jak niektórzy z nas już zapewne wiedzą, o wiele łatwiej jest nam spotkać się, wzajemnie wysłuchać i powitać kogoś innego, gdy sami jesteśmy obecni. Czy mogłabyś nam opowiedzieć trochę o sobie, Cherionno? O twojej drodze, historii oraz o tym, jak trafiłaś na pracę z traumą przed- i okołoporodową?

C: Cóż, wspominałam tu i tam, że sama doświadczyłam traumy… Od czego by zacząć?

Myślę, że moja droga do uzdrowienia zaczęła się, gdy moje ciało zaczęło mówić, że tego potrzebuję. Wielki moment zmian w moim życiu jest związany z tańcem ludowym, którego byłam fanatyczką. Miałam wypadek podczas wykonywania jednego z nich. Nie powinno to być niebezpiecznie, ale wylądowałam z wstrząśnieniem mózgu i zmieniło to moje życie. To nie był bardzo poważny wstrząs mózgu. Byłam oszołomiona, ale nie straciłam przytomności. Gdy teraz o tym myślę, w pewnym sensie była to magiczna chwila. Trwało to prawdopodobnie minutę, byłam w takim szoku, że byłam praktycznie sparaliżowana.

W tamtym czasie byłam terapeutką zajęciową. Byłam przyzwyczajona do pracy z neurologią. W grupie była lekarka, która podeszła do mnie i zapytała, jak mam na imię. Znałam swoje imię, ale nie mogłam nic zrobić, żeby je wypowiedzieć. Wiedziałam, dlaczego mnie o to pytała – chciała się upewnić, że jestem świadoma. I byłam, ale nie mogłam niczym poruszyć. Próbowałam i próbowałam, aż w końcu udało mi się wypowiedzieć moje imię. I zaczęłam się śmiać i śmiać, a cała sala ze mną. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Potem pomogli mi przejść na bok, gdzie na podłodze leżało kilka mat. Położyłam się na jednej z nich, żeby odpocząć, ponieważ inni chcieli wrócić do tańca, a ja stałam im na drodze. Pamiętam, jak tam leżałam i w pewnym momencie odwróciłam głowę, a na macie obok mnie leżał noworodek. Jego rodzice chcieli tańczyć, więc położyli śpiące dziecko na macie, żeby w razie czego móc się nim zająć. Myślę o tym teraz jak o bardzo symbolicznej chwili, ponieważ, w pewnym sensie, w tamtym momencie narodziłam się na nowo.

Na tamtym etapie nic tak naprawdę nie wiedziałam. Znałam się na neurologii i podejściu medycznym, ale po wstrząśnięciu mózgu miałam pewne problemy, które powinny były zniknąć po kilku miesiącach. Rok później nadal się z nimi mierzyłam. Poszłam do neurologa, który wykonał tomografię komputerową. Kiedy wróciłam po wyniki, miałam doświadczenie, o którym mówimy, że „podłoga usuwa się nam spod nóg”. Lekarz powiedział mi: „To, co widzę, nie jest tym, co widzimy po wstrząśnięciu mózgu, a w przypadku postępującej choroby, takiej jak stwardnienie rozsiane (MS)”. Pracowałam z osobami z MS i często myślałam, że nie chciałabym, żeby mi się to przydarzyło, ponieważ choroba ta jest nieuleczalna i powoduje inwalidztwo. Lekarz chciał wykonać inwazyjny zabieg w celu postawienia diagnozy. Pamiętam, jak wyszłam z gabinetu oszołomiona. Szłam bez celu i wierzę, że coś do mnie wtedy przemówiło, bo usłyszałam: „Nie wracaj do niego. Po prostu myśl o sobie jako o osobie zdrowej”. Nigdy nie wróciłam i zaczęłam czuć prowadzenie do bardziej alternatywnych metod leczenia, co doprowadziło mnie do mojego ciała.

Kiedy zaczęłam wracać do swojego ciała, zaczęłam napotykać traumę z dzieciństwa  i zaczęłam nad tym pracować. W trakcie tego procesu uczyłam się pracy z ciałem i masażu, a podczas szkoleń wypływało więcej moich rzeczy. W dużym skrócie, doprowadziło mnie to do somatycznej psychoterapii tańcem i ruchem, z której uzyskałam tytuł magistra. W trakcie tych studiów dowiedziałam się o psychologii przedporodowej i okołoporodowej. Poczułam, że to jest to. Tak bardzo mnie to pociągało, że zrobiłam doktorat z tego tematu. Chyba dlatego, że potrzebowałam tej struktury, aby kontynuować mój własny proces zdrowienia. Zdałam sobie sprawę, że wiele mam w tym zakresie do zrobienia.

Na tamtym etapie bardzo intensywnie uczyłam się od Williama Emersona, jednego z głównych pionierów w tej dziedzinie. Potem trafiłam na Raya Castellino, który naprawdę stał się dla mnie mentorem i wprowadził do pracy z traumą znacznie łagodniejsze podejście niż to, które dominowało i opierało się o katharsis. Dzięki pracy z niemowlętami i dziećmi nauczył się, czego tak naprawdę potrzebują maluchy. Jedną z tych rzeczy jest zwolnienie tempa. Podobnie jak obecność i powitanie. Opracował cały zestaw zasad, które uważam za niezwykle pomocne i jestem za nie bardzo wdzięczna. Od tego momentu moje uzdrawianie stało się znacznie łagodniejsze. Pracuję w oparciu o to, czego się od niego nauczyłam.

W między czasie uczyłam się też biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej i poznałam mojego ukochanego męża, Franklyna Sills’a, który tak naprawdę rozwinął tę pracę. Już jej uczyłam, a gdy nawiązaliśmy relację, zaczęliśmy uczyć jej razem, a także dyskutować o niej godzinami. Również te elementy znalazły odzwierciedlenie w mojej pracy. Ponadto, w trakcie całego tego procesu uzdrawiania, zaczęłam medytować i bardzo poważnie praktykować Vipassanę, uczestnicząc w 10-, 20- i 30-dniowych kursach w ciszy. Ten aspekt świadomej obecności ma naprawdę silny wpływ na moją pracę, a także mój własny proces zdrowienia. Wszystko to było bardzo pomocne w mojej podróży.

M: Cóż za bogate doświadczenie.

C: Jak wspomniałam, czułam, że coś mnie prowadziło.

M: Dokładnie tak to brzmi.

Mam podobne doświadczenie ze znalezieniem pracy z okresem przed- i okołoporodowym, jej łagodnością, czułością i częstym brakiem interwencji w to, co się zadziewa, pozwalając, by wszystko rozwijało się naturalnie. Podobnie jak ciebie, też bardzo mnie do niej ciągnie i wprowadza ona dużo więcej delikatności, miękkości i powolności do mojego procesu zdrowienia. Mimo że jestem w tym świecie od niedawna, wyraźnie tego doświadczam. To naprawdę piękne.

Dla tych, którzy być może nigdy nie słyszeli o psychologii okresu przed- i okołoporodowego, lub słysząc o niej myślą: „Że co? Psychologia prenatalna? Czy psychologia nie dotyczy psychiki, a ta nie rozwija się później?”, czym ona jest?

C: Wrócę do czegoś, o co ludzie często mnie pytali, gdy studiowałam somatyczną psychoterapię tańcem i ruchem – “somatyczny” oznacza w ciele, poprzez ciało – a mianowicie: „Czy psychoterapia to nie jest terapia gadana?”. Cóż, to jedna z jej form. Ale jest też wszystko to, co kryje się  w naszych ciałach, do czego nie jesteśmy w stanie dotrzeć rozmową i terapią gadaną.

Terapia rozmową może być bardzo pomocna, ale wiele z naszej historii, historii naszych traum i naszej historii z okresu prewerbalnego, zanim nauczyliśmy się mówić, zapisane jest w naszym ciele. Zazwyczaj nie mamy do tego świadomego dostępu. W ramach studiów zetknęłam się z psychologią przed- i okołoporodową dlatego, że nasze doświadczenia prenatalne i porodowe naturalnie pojawiają się podczas pracy z ciałem, ponieważ to właśnie w nim są zapisane. Psychologia przedporodowa i okołoporodowa mówi o naszych doświadczeniach z życia płodowego oraz dookoła czasu porodu, a także do około roku po porodzie, choć zazwyczaj odnosi się do porodu i pierwszych tygodni czy miesięcy po nim.

M: Do okresu, który nazywamy poporodowym.

C: Dokładnie.

Inną rzeczą, którą często słyszę, jest stwierdzenie: „Ach, czyli pracujesz z niemowlętami i matkami”. Tak, zgadza się. Ale wszyscy się urodziliśmy. Wszyscy przez to przeszliśmy, a nasze doświadczenia z tego okresu mają ogromny wpływ na całe nasze życie. Praca ta ma zastosowanie dla osób w każdym wieku. Idealnie, rodzice wykonywaliby ją przed poczęciem dziecka, aby uzdrowić własne rany i nie przekazywać wszystkiego dalej. Jednak nie dzieje się to tak często, jak moglibyśmy sobie tego życzyć. Im wcześniej dotrzemy do danej osoby, tym mniej utrwalona będzie ich trauma. Ale, jak wiemy, nie jest to zbyt dobrze znana dziedzina. Większość osób, z którymi pracuję, to dorośli. W jednym z moich warsztatów brała nawet udział kobieta 90+. To naprawdę super. W moim szkoleniu bierze teraz udział osoba siedemdziesięcioletnia. Nigdy nie jest więc za późno, a doświadczenia te cały czas mają na nas wpływ. Mogłabym dużo o tym mówić, ale to tak słowem wstępu.

M: Impuls do poproszenia cię o nagranie tej rozmowy pojawił się, gdy czytałam najnowszą z twoich książek, zatytułowaną „The Prenatal Shadow” („Prenatalny cień”).

C: Ach, moje dziecko?

M: Tak, jedno z twoich dzieci. Jak zresztą widzisz…

C:…faktycznie ją czytałaś.

M: Zgadza się. Przygotowywałam się (śmiech).

Pierwotnie poprosiłam cię, żebyś ogólnie opowiedziała o materiale, który omawiasz w książce, ale im dłużej ją czytałam, tym bardziej czułam, że to niemożliwe. W obu omawianych okresach tak wiele się dzieje. Później spytałam cię więc, czy teraz mogłybyśmy skupić się bardziej na okresie prenatalnym, a na okresie okołoporodowym następnym razem. Jak mówisz, doświadczenia te mają na nas ogromny wpływ, a większość z nas, włączając w to terapeutów, również terapeutów somatycznych, kompletnie nie zdaje sobie sprawy z głębi i bogactwa, a także kluczowego znaczenia, naszych doświadczeń płodowych. Nazywasz to „cieniem prenatalnym”. Możesz opowiedzieć nam o tym trochę więcej?

C: Cóż, w pewnym sensie to właśnie to, o czym mówisz, czyli nieświadomość. Wszyscy mieliśmy to doświadczenie. Dlaczego nie wszyscy jesteśmy go świadomi?

Pojęcie „cienia” pochodzi od psychoanalityka Carla Junga i odnosi się do różnych aspektów nas samych, które są nie do przyjęcia lub które postrzegamy jako nie do przyjęcia. Uczymy się, że aby zostać zaakceptowanym, a jako dzieci potrzebujemy akceptacji, żeby przetrwać, musimy odsunąć te aspekty nas na bok i mogą one zejść do naszej podświadomości. Mogą też od początku być nieuświadomione, ale kiedy dzieci uczą się mówić, często chcą rysować lub rozmawiać o swoich wczesnych doświadczeniach. Rozwijają język i uczą się, o czym można rozmawiać, a o czym nie. Często, kiedy wyrażają coś na temat swoich doświadczeń prenatalnych, nie jest to najlepiej przyjmowane.

W książce podaję przykład wycieczki do zoo, po której dziecko rysuje obrazek słonia i z dumą pokazuje go mamie, a ta mówi: „O, to ten słoń, którego widzieliśmy wczoraj w zoo, z bardzo dużymi uszami. Pamiętasz, że widzieliśmy też żyrafę z długą szyją?”. Mama utrwala to wspomnienie i nadaje mu język, aby dziecko mogło o nim mówić. Dziecko wie, że to coś prawdziwego, że to coś, o czym się rozmawia. Jeśli to samo dziecko narysuje obrazek przedstawiający swoje doświadczenie w łonie mamy, być może rodzic wykaże ciekawość. Wydaje mi się, że obecnie to bardziej prawdopodobne niż wtedy, gdy ja byłam dzieckiem. Wtedy raczej powiedzieliby: „To absurdalne”, „To głupie”, „Lepiej narysuj patyk, coś prawdziwego”. Ale nawet jeśli mama okaże ciekawość, raczej nie będzie w stanie zrozumieć, co przedstawia rysunek, ponieważ nikt o tym nie mówi. Dopiero zaczynamy wyciągać te rzeczy z cienia, dlatego napisałam tę książkę. Najczęściej rodzic powie: „Ale ładny obrazek, chodźmy się w coś pobawić”. Albo: „Może narysujesz ten kwiatek?”. Często próbujemy odwrócić uwagę dziecka i nie doświadcza ono takiego samego wzmocnienia i potwierdzenia, ani języka, by daną rzecz wyrazić. Uczy się, że jest to coś, o czym się nie mówi i co prawdopodobnie nie jest prawdziwe.

Zostaje to więc zepchnięte głębiej, ale nie znika. Aspekty cienia są częścią każdego z nas. A powitanie ich jest naszą pierwszą zasadą. One chcą być powitane, chcą być uznane. Chcą, żeby padło na nie światło, więc wciąż próbują zwrócić naszą uwagę. Ale jeśli nie jesteśmy ich świadomi, próbują zwrócić naszą uwagę w sposób, który często nie jest zbyt przyjemny ani funkcjonalny. Odtwarzają się więc i dzieje się to nieświadomie. Albo projektujemy aspekty naszego cienia na innych ludzi. Jeśli nie wolno mi się było złościć, bo było to coś “złego”, być może teraz myślę, że ktoś inny jest zły, gdy tak nie jest. Może próbuje mi coś doradzić, a ja myślę, że jest na mnie naprawdę zły.

Co ważne, „cień” niekoniecznie oznacza coś złego. Mamy tendencję do postrzegania cienia jako czegoś złego, ponieważ są w nim nieakceptowane rzeczy. Ale w cieniu mogą kryć się również naprawdę dobre jakości. W książce mówię o czymś, co często obserwuję u dziewcząt w wieku przednastoletnim. Dziewczynka może być naprawdę mądra i świetnie radzić sobie w szkole. Gdy wchodzi w okres dojrzewania, akceptacja rówieśników staje się ważniejsza. Bycie mądrą nie jest “fajne”. Fajnie jest być ładną. Zaczyna więc udawać, że nie jest mądra i przestaje się starać w szkole, przenosząc energię na makijaż, ubiór i fryzurę. Z czasem może zapomnieć, że jest mądra. Jej inteligencja jest czymś dobrym, co pozostaje w cieniu i czeka na ponowne odkrycie.

W cieniu kryje się również coś, co nazywam naszym pierwotnym potencjałem embrionalnym. To duże słowa, ponieważ uważam, że embrion ma niesamowity potencjał. Pasjonuję się embriologią i zgłębiałam ją w ramach studiów doktoranckich z zakresu psychologii przed- i okołoporodowej. Uczymy się poprzez nasze ciała. Robimy to zawsze, ale szczególnie w łonie i w okresie prewerbalnym. Ciało nieustannie się zmienia, fascynuje mnie to. Zarodek zaczyna jako organizm jednokomórkowy zwany zygotą, który powstaje w wyniku połączenia plemnika  i komórki jajowej. Rozwija się i z tego stosunkowo prostego ciała powstają nasze dorosłe, złożone ciała. To niesamowite. I jaki niesamowity potencjał.

Zarodek przechodzi przez wiele rozwojowych kroków milowych, napotykając różne wyzwania przed urodzeniem. Wszyscy przez nie przeszliśmy, właśnie dzięki temu potencjałowi. Możemy wrócić do tego potencjału, zwykle pozostaje on w cieniu, i do naszej niesamowitej płynności i odporności, którą posiadają embriony. W większości składamy się z wody, embriony zawierają jej jeszcze więcej. Możemy mieć do tego dostęp. Zapomniałam wspomnieć o innym ważnym wpływie na mnie, jakim jest Continuum, czyli praktyka świadomego ruchu, rozwinięta przez kolejną z moich ukochanych mentorów, Emily Conrad. Dla mnie to bardzo bezpośredni sposób na dostęp do naszego potencjału embrionalnego, ponieważ dzięki Continuum wchodzimy w stany embrionalne, w których doświadczamy naszej niesamowitej płynności i wychodzimy z bardziej usztywnionych sposobów bycia.

Tak więc również nasz potencjał może pozostawać w cieniu. Zapominamy o nim lub  zostajemy od niego oddzieleni, ale możemy ponownie uzyskać do niego dostęp dzięki rzuceniu światła na nasz cień.

M: Wspomniałaś o rozwojowych kamieniach milowych. Myślę, że wiele z nas ma świadomość poporodowych rozwojowych kamieni milowych, np. umiejętności podniesienia główki, przewrócenia się na bok, czołgania się, wstawania i chodzenia. Te z grubsza znamy. Wydaje mi się jednak, że dla wielu z nas rozwojowe kamienie milowe z okresu życia płodowego będą zupełnie nową koncepcją. Możesz omówić najważniejsze z nich?

C: Tak. Wspomnę, że pierwotnie byłam terapeutką zajęciową, więc pracowałam z rozwojem i wiele się nauczyłam o tych krokach rozwojowych, o których mówisz. Naturalne jest dla mnie, by również rozwój embrionalny postrzegać jako serię kamieni milowych.

Cechą charakterystyczną kamieni milowych rozwoju prenatalnego jest to, że zazwyczaj dotyczą one przetrwania. Jeśli je przekroczymy, przeżyjemy. Jeśli nie dysponujemy wystarczającymi zasobami, aby sprostać wyzwaniu, zazwyczaj nie przeżyjemy. Są one bardzo intensywne. Zwolnię tempo, omawiając je. Wiem, że samo wymienienie serii kamieni milowych rozwoju prenatalnego może wprowadzać ludzi w ich traumę prenatalną, a nie chcę tego robić.

Na wstępie chcę zaznaczyć, że wszyscy je przeżyliśmy. Kamieniem milowym każdego procesu rozwoju jest sprostanie wyzwaniu. Gdy nie mamy żadnego wyzwania, nie mamy żadnego powodu, aby się rozwijać, na przykład nabywać nowe umiejętności. Te kamienie milowe to różne wyzwania i potrzebujemy wystarczających zasobów, aby móc im sprostać.

Można powiedzieć, że pierwszym z nich jest poczęcie. Nie zawsze jest ono łatwe czy skuteczne. Po poczęciu, kolejnym ważnym momentem jest implantacja, czy zagnieżdżenie, kiedy zagnieżdżamy się w ścianie macicy. Musimy to zrobić, ponieważ na tym etapie zaczyna nam brakować żywności. Ściana macicy na chwilę staje się naszym pożywieniem, zagłębiamy się w nią i łączymy się z naczyniami krwionośnymi i gruczołami matki, co ostatecznie doprowadza do rozwoju łożyska i pępowiny. Często jest to dużym wyzwaniem, co może wynikać z wielu powodów. Między innymi: ile wsparcia i zasobów czuje matka, jej odczucia dotyczące płodności, posiadania dziecka, bycia kobietą i przybrania na wadze, a także to, ile bezpieczeństwa i wsparcia czuje w swoim związku. Do tego dochodzą wpływy międzypokoleniowe i trauma przodków. Wszystko to jest w jej organizmie i może mieć wpływ również na jej macicę. Ściana macicy może nie być tak pyszna, miękka i przyjazna jak tego potrzebujemy. Implantacja może więc wymagać wysiłku – ale wszystkim nam się udało.

Następnie dochodzimy do kolejnego bardzo ważnego etapu. Pomiędzy nimi jest trochę mniejszych, ale kolejnym kluczowym momentem jest to, co nazywamy “odkryciem”, to termin autorstwa Williama Emersona. Zdefiniował go jako moment, w którym ciąża zostaje potwierdzona testem ciążowym. Często kobiety lub pary są świadome ciąży już przed tym, niektórzy od razu zdają sobie sprawę z poczęcia. W dzisiejszych czasach testy ciążowe można wykonać znacznie wcześniej, ale moment odkrycia zwykle przypada na okres, w którym zaczyna bić serce, czyli w dwudziestym drugim dniu. Na tym etapie kobieta wie, że spóźnia się jej miesiączka i najczęściej wykonuje test. Wyzwania związane z odkryciem są zazwyczaj odczuwane w obszarze, który rozwija się w tym czasie, czyli w sercu i klatce piersiowej. Moment odkrycia może wiązać się z różnego rodzaju problemami. Można powiedzieć, że odkrycie to moment, w którym – idealnie – rodzice świadomie nas witają i przyjmują. Potrzebujemy tego. Wygląda na to, że większość momentów poczęcia nie jest planowana. Oznacza to, że jest przynajmniej jakiś stopień ambiwalencji wokół momentu odkrycia ciąży. Nawet gdy ciąża jest planowana, rodzice często myślą: „O mój Boże, to się stało, a jeszcze nie zrobiliśmy tego i tego”. Nie wydaje się to niczym strasznie negatywnym, ale dla dziecka, które jest całkowicie zależne od akceptacji rodziców, ich przyjęcia, ochrony i karmienia, może to być naprawdę przerażające. To może być bardzo trudny czas.

To są prawdopodobnie najważniejsze kamienie milowe rozwoju prenatalnego. Dzieje się również wiele innych rzeczy, ale nie nazwałybyśmy ich tak naprawdę kamieniami milowymi.

M: Tak jak wspomniałaś, są to bardzo ważne chwile, które miały miejsce na tak  wczesnych etapach naszego fizycznego istnienia w łonie matki. Niektórym może wydawać się niewiarygodne, że te chwile i doświadczenia ukształtowały resztę naszego życia, oraz to, czy czujemy się bezpiecznie, jak zachowujemy się w relacjach, czy umiemy przyjmować wsparcie i wiele innych elementów.

A jednak dzięki różnym badaniom, dzięki ludziom, którzy poświęcili swoje życie życie, ścieżki zawodowe i kariery, podobnie jak ty, wspomniani przez ciebie mentorzy oraz znajomi po fachu, dzięki psychologii przed- i okołoporodowej, wiemy, że to prawda. Nie są to tylko nasze domysły, udowodniliśmy, że to się dzieje naprawdę.

Wcześniej wspomniałaś też, że jeśli mamy pewne doświadczenia, które są w cieniu i nadal nosimy je w swojej podświadomości, nie zostały nazwane i odzwierciedlone, a my nie byliśmy w stanie urzeczywistnić potencjału, jaki się z nimi wiąże z powodu braku wystarczających zasobów, najprawdopodobniej będziemy je odgrywać. Możemy to robić na poziomie zachowań, wzorców czy chorób, które próbują nam pokazać: „Hej, jestem tutaj. To jest moje doświadczenie. Proszę, zobacz i uznaj mnie.”

W swojej książce piszesz o natalizmie. Opowiesz nam o nim?

C: Natalizm nie jest moim terminem. Wydaje mi się, że wprowadził go Michael Irving, choć być może wcześniej wymyślił go ktoś inny. Przyglądał się on symbolice narodzin, prawdopodobnie również doświadczeń prenatalnych, w sztuce wizualnej. Dogłębnie przyglądałam się natalizmowi w mojej pracy doktorskiej, która skupiała się na tym, w jaki sposób okres prenatalny i poród są przedstawiane w tańcu i ruchu. Moja komisja zwróciła mi uwagę na to, że ruch jest częścią wszystkiego, więc tak w zasadzie to muszę wszystko uwzględnić (śmiech). Przyglądałam się więc sztuce, mitom, rytuałom i wszystkim tym rzeczom.

Byłam zafascynowana tą koncepcją. Natalizm to symboliczne przedstawienie narodzin. To, co zobaczyłam, bardzo mnie zainteresowało. Zajmowałam się tańcami ludowymi, prawda? Na całym świecie w tańcach ludowych ludzie tworzą krąg przypominający łono matki, po czym wchodzą do jego środka i wychodzą, jak w trakcie skurczy. W amerykańskich tańcach ludowych nazywają to tańcem w wielkim kręgu. Ten wielki krąg mogło tworzyć całe miasteczko. Wszyscy trzymają się za ręce i ruszają do środka, a następnie się wycofują. To są właśnie skurcze. Albo ludzie ustawiają się w dwóch rzędach i jedna osoba lub para przechodzi między nimi, czasami łączą ręce nad głowami, tworząc tunel na kształt kanału rodnego. Fascynujące jest, że to robimy.

Kolejna rzecz, która wydaje mi się dość oczywista, a która dzieje się w wielu tańcach ludowych, a także w balecie: kobieta tańczy w swojej małej białej sukience, jej puszysta spódniczka wygląda jak jajeczko, a wokół niej kręcą się tancerze w kostiumach przypominających plemniki. To takie oczywiste, jakby się w końcu łączyli. Pierwotnie były to tańce płodności. Teraz mamy też inne rodzaje tańca,ale myślę, że taniec ludowy zasadniczo służy flirtowaniu i znalezieniu partnera. Nadal robimy to poprzez taniec. Również taniec w parze, w którym mężczyzna i kobieta trzymają się za ręce i kręcą się w kółko – co ciekawe, tak właśnie doznałam wstrząsu mózgu, niczym szok inkarnacji. Kiedy plemnik i komórka jajowa łączą się, dochodzi do wirowania. To przeciekawe. Chyba nie wiedziałam o tym, kiedy pisałam pracę dyplomową.

M: Podajesz lekkie, zabawne przykłady. Prawdopodobnie już zawsze, gdy będę oglądać balet, będę w nim widzieć próbę poczęcia (śmiech). Mówisz więc o tym, jak nieświadomie odgrywamy to w naszej sztuce, w naszym ruchu i tańcu.

Jeśli nie mieliśmy wystarczających zasobów, by mieć naprawdę odżywcze doświadczenie w trakcie wcześniej wspomnianych rozwojowych kamieni milowych, w jaki sposób możemy ten natalizm odtwarzać w naszych związkach i w naszym codziennym życiu? Jak to może na nas wpłynąć?

C: Wiem, że chciałaś się skupić na okresie prenatalnym, więc może pozostanę przy tym typie doświadczeń. Mogę podać siebie jako przykład. Moja implantacja była naprawdę trudna. Implantacja polega na znalezieniu domu i pożywienia w macicy. Na podstawie swoich obserwacji niektórzy terapeuci prenatalni i okołoporodowi uważają, że trudności z implantacją mogą prowadzić do zaburzeń odżywiania.To jak ciągłe poszukiwanie tego, czego nie dostałaś. Gdy miałam już tę wiedzę, zrozumiałam, że w moim życiu bardzo wyraźnie objawiało się to tym, że jako osoba dorosła przeprowadzałam się co najmniej raz w roku. To było w okresie zanim wszystko stało się cyfrowe, więc moi znajomi narzekali, że wypełniałam całą ich książkę adresową, ponieważ mój adres ciągle się zmieniał. Tak próbowałam znaleźć miejsce do zagnieżdżenia, nie wiedząc o tym. Moje doświadczenie z implantacją było takie, że próbowałam tu, próbowałam tam – bardzo trudno było mi się dostać do środka. W końcu mi się udało. Wiele czasu poświęciłam na uzdrowienie tej rany.

Wspomnę też o tym, że jednym z bardzo częstych wyzwań, które nie jest kamieniem milowym, jednak jest bardzo częstą traumą prenatalną, jest utrata bliźniaka. Ponoć ponad połowa poczęć ludzkich jest wielopłodowa, a mniej niż połowa porodów to porody mnogie, co oznacza, że wielu z nas straciło bliźniaka. Często pojawia się to w pracy przedporodowej i okołoporodowej, wiele osób utożsamia się z tym doświadczeniem. Pamiętam utratę swojego bliźniaka, był to chłopiec. Zanim zaczęłam to uzdrawiać, jakby „bliźniaczyłam się” z innymi ludźmi. Wchodziłam w relację romantyczną i myślałam: „To on!”. Myślałam: „To jest ten jedyny!”, zanim go jakkolwiek poznałam. Wdawaliśmy się w gorący i intensywny związek, a ja po niedługim czasie orientowałam się: „Och, nie jest tym, za kogo go miałam” i kończyłam ten związek. Moje relacje były jak moje domy, nie trwały zbyt długo (śmiech).

Ostatecznie spędziłam jedynaście lat sama i nikogo nie szukałam, było mi dobrze samej. Myślałam jednak, że fajnie byłoby mieć się z kim zestarzeć. W międzyczasie wykonałam całą tę pracę przed- i okołoporodową, a także dużo innego uzdrawiania. I wtedy poznałam Franklina. Cóż, poznaliśmy się wcześniej, ale wtedy nawiązaliśmy kontakt. Ostatecznie przeprowadziłam się do Anglii. Pochodzę z Kanady, w tamtym czasie mieszkałam w USA. Zaczęliśmy związek siedemnaście lat temu, a przeprowadziłam się tu piętnaście lat temu. To coś zupełnie niespotykanego w całej mojej historii. Wcześniej najdłużej byłam z kimś przez dwa lata. To było dawno temu, a my wciąż zakochujemy się każdego dnia. Rozpoznałam połączenie między nami, coś na kształt połączenia dusz. Nie było już tak, jakby był moim bliźniakiem. Było miejsce, by on był tym, kim jest i bym ja była tym, kim jestem, co bardzo różni się od odgrywania mojej historii i cienia utraty bliźniaka.

M: Śmiałam się, ponieważ to również część mojej historii i odkrywania niektórych z moich doświadczeń prenatalnych i wyzwań, z którymi zmagałam się w relacjach. Wcześniej nie mogłam tego zrozumieć. Byłam w psychoterapii, pracowałam z układem nerwowym i wykonywałam tyle pracy, dlaczego więc wciąż podejmowałam te same decyzje, mimo że w wielu pozostałych obszarach miałam większą pojemność dokonywania innych wyborów? I dopiero kiedy dotknęłam tego kawałka, połączyły się kropki i wszystko zaczęło mieć sens, zarówno moje doświadczenia między związkami, jak i to, jak w nie wchodziłam. W końcu zrozumiałam, co się działo.

C: To mocne. Cieszę się, że to znalazłaś. Czy mogę podać inny przykład, który właśnie przyszedł mi do głowy, gdy usłyszałam „między związkami”?

M: Oczywiście.

C: Myślę o pandemii, która niedawno miała miejsce i o wielu osobach odizolowanych w swoich domach. Dla niektórych osób był to czas prawdziwej kreatywności i bardzo im się podobał. Sama robiłam wiele rzeczy w Internecie.

Dla innych osób było to prawdziwą torturą. Wpadli w depresję, czuli się naprawdę odizolowani. Podejrzewam, że dla wielu z tych osób było to odzwierciedleniem ich wczesnych doświadczeń, albo w łonie matki, albo w okresie okołoporodowym, gdy ich  potrzeby nie były zaspokajane w sposób w jaki powinny były. Byli więc zależni od dużej ilości interakcji z innymi ludźmi. Uważam to za fascynujące. A także smutne, że tyle osób tak bardzo cierpiało.

M: Ja też.

Kiedy zaczęłam uczyć się o regulacji układu nerwowego, kompletnie zmienił się mój sposób postrzegania siebie, innych ludzi i tego, co dzieje się na świecie. Wszystko widziałam przez pryzmat regulacji i jej braku. Obecnie czuję, że dzięki zetknięciu się z psychologią przed- i okołoporodową zyskuję kolejne soczewki. Zaczynam postrzegać wszystko przez pryzmat tych najwcześniejszych doświadczeń. I, ponownie, pewne rzeczy nabierają coraz więcej sensu.

Wiem, że za chwilkę musimy kończyć, ale zanim się rozstaniemy, chciałbym cię prosić, żebyś wyjaśniłam nam, czym jest podwójne wiązanie. Nie spotkałam się wcześniej z tą koncepcją, a wydaje mi się, że jest ona bardzo ważna. W pewnym sensie wspomniałaś już o sytuacjach podwójnego wiązania, np. w momencie implantacji: muszę wgryźć się w ścianę łona mojej matki, ale ta jest dla mnie toksyczna. To, co spożywam nie jest dla mnie dobre, a jednak, żeby przetrwać, muszę karmić się tą toksycznością. Opowiesz trochę o tym?

C: To, co opisujesz, nazywamy toksycznością pępowinową lub afektem pępowinowym:  to, co płynie do nas od drugiej osoby, jest toksyczne, a jednak jesteśmy od tego zależni. Wygląda na to, że my znajdujemy się obecnie w podwójnym wiązaniu: czuję, że mogłybyśmy rozmawiać godzinami, a mamy tylko pięć minut (śmiech).

Sama nauczyłam się o podwójnych wiązaniach od Raya Castellino. Podwójne wiązanie ma miejsce, gdy w tym samym momencie dzieją się różne rzeczy, które są ze sobą sprzeczne. Nie ma satysfakcjonującego rozwiązania. Można by powiedzieć: tak źle i tak niedobrze. W przypadku toksyczności pępowinowej, potrzebuję pożywienia, aby przeżyć. Jednak wraz z pożywieniem, spożywam toksyny. Aby przetrwać, muszę unikać toksyn, ale jeśli to zrobię, umrę z głodu. Nie ma tu żadnego dobrego wyjścia.

Uważam, że rozmowa na ten temat jest naprawdę pomocna już na samym początku tej pracy. Gdy prowadzę warsztaty, omawiamy to na początku. Jedną z najbardziej pomocnych rzeczy w uwolnieniu się od skutków podwójnych wiązań jest ich zobaczenie i nazwanie. Jest to szczególnie ważne, kiedy mamy do czynienia z bardzo wczesną historią podwójnego wiązania, ponieważ nasze wspomnienia tego, co się wydarzyło prewerbalnie, jak również wiele traumatycznych wspomnień, jest utajonych, co oznacza, że nie są jawne. Nie pamiętamy ich w słowach, linearnie ani świadomie. Żyją w naszych ciałach, tkankach, zachowaniach, sposobie postrzegania i doświadczania życia. Kiedy więc aktywuje się pamięć utajona, czujemy, jakby dane wspomnienie działo się w czasie rzeczywistym. To może być bardzo dezorientujące, gdy mamy do czynienia z podwójnym wiązaniem, które związane było z kwestią życia lub śmierci. Kiedy podwójne wiązanie jest aktywne, czujemy, jakby obecna sytuacja miała zadecydować  o naszym życiu lub śmierci. To właśnie moment, w którym naprawdę trzeba praktykować regulację układu nerwowego, a także nazwać to podwójne wiązanie i umieć rozróżnić teraźniejszość od przeszłości. Maluchy nie są w stanie tego zrobić, gdy coś się wydarza, doświadczają tego całymi sobą, ponieważ część mózgu za to odpowiedzialna nie jest jeszcze rozwinięta. Pamięć ukryta nie jest linearna. Maluchy też nie są linearne, doświadczają wszystkiego bezpośrednio. W terapii uczymy się więc rozróżniać: „Ok, to jest podobne do tego, co mi się wydarzyło w łonie matki. To jest podobne do mojego doświadczenia z implantacją czy z pępowiną. Ale już nie jestem w łonie matki. Mam teraz siedemdziesiąt lat. Może wszystko jest w porządku, w końcu przetrwałam do dzisiaj”.

Gdy widzę, że ktoś głęboko zanurkował w swoją wczesną traumę, często pytam go, ile ma lat. Bardzo szybko pozwala to wrócić do tu i teraz, ponieważ w naszym obecnym wieku, mamy odpowiednie zasoby i umiejętności, których wtedy nie mieliśmy. Teraz jest zupełnie inaczej. Jeśli więc wiemy, że coś jest związane z podwójnym wiązaniem z naszej wczesnej historii, i umiemy to nazwać i rozróżnić, jest to niezwykle uwalniające. Jest nadzieja.

M: Zdecydowanie. I, tak jak powiedziałaś, mamy pojemność, by z tym pracować. Wszak dotrwaliśmy aż do teraz. Nawet jeśli doświadczamy wyzwań i różnych rzeczy, z którymi się zmagamy i wokół których potrzebujemy wsparcia, przeżyliśmy. Istnieją sposoby, modalności oraz podejścia, które oferują nam wsparcie, które może nam pomóc w naprawdę bardzo głęboki i wszechstronny sposób. Dziękuję więc za to, że jesteś jedną z oferujących je osób. Dziękuję za tę książkę, wszystkie poprzednie publikacje i twoje nauki. I dziękuję za to, że tu z nami byłaś. Nie mogę się doczekać naszej kolejnej rozmowy.

C: Dziękuję. Ja też.

Chciałabym jeszcze powiedzieć, jak wielkie mamy szczęście. Kiedy myślę o pokoleniu moich rodziców, a już na pewno dziadków, oni nie mieli okazji wykonywać tej pracy. Po pierwsze, tak niewiele o niej było wiadomo. Po drugie, ich życie było bardziej skupione na przetrwaniu. My natomiast naprawdę możemy z tego skorzystać. Cóż za wspaniały dar otrzymaliśmy.

Dziękuję również za pracę, którą wykonujesz ty. Myślę, że to wspaniałe, że udostępniasz to w języku polskim.

M: Dziękuję.

C: Do następnego razu.


Wszystkie linki w jednym miejscu

Strona Cherionny Menzam-Sills

Książka „Prenatal Shadow”

Wskakuj na newsletter, żeby nie przegapić kolejnych artykułów:

* Zapisując się do newslettera, wyrażasz zgodę na przesyłanie Ci informacji o nowych tekstach, projektach, produktach i usługach. Zgodę możesz wycofać w każdej chwili, a szczegóły związane z przetwarzaniem Twoich danych osobowych znajdziesz w polityce prywatności.

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+