Coraz powszechniej wyrażany jest pogląd, że człowiek to szkodnik Ziemi. Coraz więcej osób mówi, że naturze lepiej byłoby bez nas, bo jedyne, co potrafimy to niszczyć; jesteśmy zachłanni, krótkowzroczni, samolubni i niereformowalni. Czy to prawda? I jak takie przekonanie na nas wpływa?

Podejście to jest bardzo popularne wśród osób, które zaczynają otwierać oczy na to, co członkowie dominującej (czyt. naszej, szeroko rozumianej „Zachodniej”) kultury zrobili ze środowiskiem naturalnym i społeczeństwem globalnym, ale nie tylko. Jest to również pogląd wszem i wobec wyrażany przez bardzo wielu ekoaktywistów oraz ludzi zaangażowanych w ruch przeciwdziałania zmianom klimatu.

Równocześnie jest to narracja z powodzeniem funkcjonująca w popkulturze. Kto z nas nie pamięta sceny z filmu „Matrix”, w której agent Smith dzieli się z Morfeuszem swoimi przemyśleniami, z których wynika, że ludzkość jest wirusem naszej planety? Kto z nas oglądając ją nie kiwał głową z żalem i rezygnacją, zgadzając się z tym, co słyszy? Ja na pewno. I za pierwszym razem, gdy oglądałam „Matrixa” jako młoda nastolatka, i za każdym kolejnym, gdy przez lata do niego wracałam.

A jednak coś się zmieniło.

Gdy oglądam tę scenę teraz, budzi się we mnie sprzeciw i czuję, jak bardzo nie trafia ona w sedno sprawy. Mało tego, uważam podobne podejście za niebezpieczne i zupełnie kontrproduktywne w kontekście wprowadzania jakichkolwiek pozytywnych zmian w tym świecie. Co się zadziało?

W pewnym momencie zaczęłam sobie uświadamiać szkodliwość dominującej narracji ekoaktywistycznej dotyczącej zarówno przyczyn obecnego stanu rzeczy (czyli postępującego zniszczenia środowiska naturalnego i pogłębiających się niesprawiedliwości społecznych), jak i tego, w jaki sposób powinniśmy wprowadzać zmiany. A co za tym idzie, jak mówić o jednych i o drugich.

Im bardziej zaczynałam rozpoznawać wagę języka i emocji, pod wpływem których mówimy oraz do których odwołujemy się u innych, tym bardziej dystansowałam się od ruchów i organizacji, które wcześniej wspierałam. Zaczęłam zauważać retorykę wojenną niemalże wszędzie dookoła siebie – nie tylko w polityce czy biznesie, ale również w szeroko rozumianym aktywizmie ekologicznym i społecznym. Pojawiło się we mnie pytanie: w jaki sposób chcemy uzdrowić toksyczne i przemocowe systemy, używając tych samych narzędzi i tego samego nazewnictwa, które je stworzyło i umacnia? Stałam się bardzo wyczulona na oznaki polaryzacji, znieważania i odczłowieczania „drugiej strony”, które są wszechobecne wśród osób deklarujących chęć działania na rzecz pokoju, sprawiedliwości społecznej czy ekologii, i przestałam angażować się w akcje, które żywią się podobną narracją.

Równolegle z tym procesem, a także nieustannym oduczaniem się stosowania retoryki wojennej w stosunku do samej siebie w swoich myślach i ocenach, zaczęłam doświadczać jak niesamowita przestrzeń do działania i wprowadzania zmiany otwiera się, gdy dobrze o sobie i innych myślimy. Niby proste i oczywiste, nie? To wszak jedna z pierwszych rzeczy, z którymi spotkamy się w procesie terapeutycznym czy wszelkich ruchach samorozwojowych i coachingowych. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że lekcja ta nie została jeszcze przez nas odebrana.

Z jednej strony wymagamy od siebie (jako jednostek, grup czy społeczności) zdecydowanych zmian na rzecz innych ludzi i ekosystemów, w których żyjemy, a z drugiej strony bez chwili zastanowienia stwierdzamy, że człowiek to szkodnik Ziemi i lepiej by było, gdyby go w ogóle tu nie było. W jaki sposób oczekujemy pozytywnych zmian równocześnie sami siebie krytykując, poniżając i odbierając sobie poczucie własnej wartości i godności? W jaki sposób chcemy, aby nasze działania przynosiły uzdrowienie, skoro zatruwamy sami siebie?

Think Tom Hanks GIF by The Late Show With Stephen Colbert

To, jak ogromną krzywdę sobie tym robimy poczułam dogłębnie w zeszłym roku w trakcie konferencji Climate Change & Consciousness. Wypowiedzi kilku z mówców (w tym Charlesa Eisensteina, którego uwielbiam, ubóstwiam i polecam każdemu!) pomogły mi ostatecznie pożegnać się z narracją człowiek = szkodnik.

Skoro uznajemy, że Ziemia jest naszą Matką, to w jaki sposób możemy mówić, że będzie jej bez nas lepiej? Czy wyobrażasz sobie podejście do mamy dziecka, które chwilowo się jej nie słucha lub krzyczy, uderzając w coś małymi pięściami, i powiedzieć, że jej dziecko jest tak niegrzeczne, że może by się go pozbyła, to będzie jej w życiu lepiej?

Skoro uznajemy, że każdy element ekosystemu potrzebny jest do jego pełnego i zdrowego funkcjonowania – nawet jeśli w danym momencie nie rozumiemy jego roli – to w jaki sposób możemy mówić, że nie jesteśmy Ziemi potrzebni i że „da sobie bez nas radę”? Czy las da sobie radę bez żuków, a warzywa bez dżdżownic, które spulchniają glebę?

Skoro uznajemy, że Natura (lub Bóg, Wszechświat czy w cokolwiek wierzymy) nie pomyliła się tworząc wieloryby, pszczoły czy jesiony, to skąd pomysł, że przypadkowo i ze szkodą dla siebie zrodziła człowieka? Jak mówi rdzenna badaczka, artystka i aktywistka Lyla JuneStwórca nie popełnia błędów.

Praktycznie w każdej rdzennej kulturze, do której dotarłam przez lata, człowiek uznawany jest za opiekuna Ziemi i całości Stworzenia. Dla społeczności, które nadal żyją w połączeniu z naturą i jej cyklami, rola ta nie jest czymś wydumanym czy oderwanym od codzienności, a częścią głębokiej duchowości i ekologii, które przejawiają się w każdym słowie, geście i ceremonii. Wielokrotnie spotykałam się z podejściem, że współczesny człowiek „Zachodu”, zgubił swoją drogę i zapomniał, po co tu jest. Nie słyszałam, że jesteśmy wcieleniem zła, nie słyszałam, że z natury jesteśmy chciwi czy niegodziwi – jesteśmy po prostu zagubieni, zaślepieni i idziemy przez życie w objęciach starego snu. A jednak każdy z nas, tu gdzie jest i tak jak stoi, może się z tego snu przebudzić i zmienić kierunek, w którym podąża. Z działania szkodzącego sobie, swojej społeczności i ekosystemowi, może przejść do działania uzdrawiającego siebie, swoją społeczność i ekosystem. Zamiast siać zniszczenie i powodować wyjałowienie, może kultywować i regenerować, z troską dbając o wszystko i wszystkich, których widzi dookoła.

magda bębenek świat naszych marzeń człowiek szkodnik Ziemi

Zupełnie nieplanowanie, ten moment złapania świadomości i natychmiastowej zmiany myślenia i działania, która z niego płynie, przepięknie pokazuje jeden z rozdziałów mojej najnowszej książki.

Ania Gruszczyńska, bohaterka rozdziału „Po to się urodziłam”, opowiada historię wyjścia z zaburzeń odżywiania, w których funkcjonowała przez blisko piętnaście lat, oraz swojej obecnej działalności – pomagania w tym procesie innym. Nie wyłapałam tego w trakcie naszej rozmowy, ale robiąc transkrypcję nagle poczułam ekscytację w ciele, a ciarki przechodzące mnie od stóp do czubka głowy dały mi wyraźny sygnał, że dzieje się coś ważnego.

Gdy tylko skończyłam spisywać nasz wywiad, usiadłam i opisałam to, co do mnie przyszło:

Historia Ani pokazuje wiele rzeczy, ale chcę zwrócić uwagę na trzy. Po pierwsze, jak spojrzenie na stary problem z nowej perspektywy umożliwia natychmiastową zmianę czegoś, co wcześniej wydawało się niemożliwe do zmiany. Po drugie, jak wszystkie swoje doświadczenia – nawet te najbardziej bolesne – można przekuć w działanie na rzecz świata, o jakim marzymy. I w końcu po trzecie, jak niesamowita jest zdolność organizmu do samouzdrawiania i samoregulacji, gdy mu zaufamy i będziemy go wspierać troską i miłością, a także zrozumiemy jego potrzeby i zaufamy jego mądrości. Jestem przekonana, że to samo tyczy się innych organizmów oraz ekosystemów, w których żyjemy.

Podróż Ani, jej relacja z własnym ciałem i doświadczenia wilczego głodu (nazwa, której Ania używa zamiast„bulimii”) są dla mnie idealną metaforą dominującej na „Zachodzie” kultury oraz wynikającej z niej relacji człowiek kontra reszta natury. My też jesteśmy w wilczym głodzie posiadania, kumulowania, osiągania i wzrostu za wszelką cenę, który wynika ze strachu, pustki i niezrozumienia. I tak samo jak bulimia, ten kulturowy wilczy głód w relacji z planetą i jej mieszkańcami jest tylko (i aż) zaburzeniem, zwykłym uzależnieniem. Podobnie jak Ania możemy zacząć na niego patrzeć z zupełnie innej strony i w jednej chwili postanowić: koniec, dłużej nie będę w ten sposób żyć! Złapanie momentu świadomości, że wiadomości, którymi się otaczamy, i przekazy kulturowe, które słyszymy – również te o nieuniknionym schyłku życia na Ziemi, zagładzie ekosystemów itp. – nie są nieuleczalną i nieuniknioną chorobą, a czymś, na co mamy wpływ, uwalnia naszą kreatywność, poczucie sprawczości i energię do działania.

Czy wyobrażasz sobie co by było, gdybyśmy zamiast nadal kolektywnie pogrążać się w krytykowaniu samych siebie i powtarzaniu jacy to ludzie są chorzy, źli i bez szans na zmianę, zrozumieli że możemy, naprawdę możemy!, wszystko zmienić? Że to nie nasza wina, że nie pomogły dotychczas podejmowane próby wprowadzenia zmian, ponieważ opierały się na zupełnie nietrafionych diagnozach i kompletnie nieskutecznych rozwiązaniach? Że nigdy nie byliśmy źli, beznadziejni, zachłanni, samolubni i destrukcyjni z natury, że to wszystko jedno wielkie nieporozumienie? Jakbyś się czuł(a), gdybyś zamiast tego wierzył(a), że ludzie są pełni dobra, entuzjazmu, woli pomagania innym i dzielenia się tym, co mają najlepszego?

Krok po kroku możemy uczyć się nowego sposobu funkcjonowania, wyciszając umysł pełen niesłużących nam i planecie uwarunkowań. Bulimiczny przekaz „jedz, jedz, jedz” niewiele różni się od naszego kolektywnego „konsumuj, konsumuj, konsumuj” – oba są tak samo zgubne, ale i proste do uzdrowienia. Nauka życia i konsumowania na nowo, podobnie jak nauka jedzenia w przypadku Ani, nie zawsze będzie łatwa i bezbłędna, może nam też zająć trochę czasu – ale jest możliwa, tu i teraz.

Żeby się za to zabrać, musimy zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, jaki głód nami kieruje. Czym jest ten długotrwały głód, który sprawia, że niszczymy samych siebie, siebie nawzajem i planetę, która daje nam życie? Głodem miłości? Głodem relacji? Głodem zaufania? Głodem poczucia bezpieczeństwa? Głodem poczucia przynależności i połączenia? Dopiero kiedy zrozumiemy, jaki głód staramy się zaspokoić naszymi indywidualnymi i kolektywnymi toksycznymi mechanizmami, będziemy w stanie zobaczyć, co tak naprawdę musimy zrobić, aby go zaspokoić. Tym samym w naturalny sposób zaczniemy odchodzić od szkodliwych nawyków społecznych, politycznych, gospodarczych i ekologicznych. 

Podobnie jak Ania, która wychodząc z zaburzeń odżywiania początkowo kurczowo trzymała się bardzo mechanistycznego sposobu funkcjonowania, tak większość obecnych działań „ekologicznych”, mających na celu „ratowanie” świata czy „zapobieganie” zmianom klimatu, skupia się na mechanistycznych kalkulacjach ilości CO2 w atmosferze, a nie na prawdziwym i dogłębnym powrocie do natury. Sprawia to, że robimy rzeczy na okrętkę – często jeszcze bardziej szkodząc – zamiast od razu dokonać zmiany u źródeł.

Jednak w przeciwieństwie do Ani, która czuła, że wszystko musi wymyślać sama metodą prób i błędów, my możemy opierać się na mądrości wielu kultur i tysiącleciach doświadczeń tego, co działa, a co nie. Wszystko, czego potrzebujemy do odzyskania zdrowia psychicznego, emocjonalnego, fizycznego, duchowego i relacyjnego z resztą Stworzenia już tu jest, w zasięgu naszych dłoni. Musimy w to tylko uwierzyć.

Czy to nie piękne?

 

 

 

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+