Będąc na Hawajach trafiłam na spotkanie edukacyjne 1 dla lokalnej społeczności w temacie Mālama ʻĀina – jednej z najważniejszych i nadal niezwykle żywych koncepcji rdzennej kultury hawajskiej.

Mālama ʻĀina to troska i dbanie o ziemię, które jednocześnie wyrażają wdzięczność za wszystkie jej dary oraz gwarantują, że –podobnie jak teraz nas – będzie ona w stanie wyżywić kolejne pokolenia. Rośliny i zwierzęta są naszym rodzeństwem i naszymi przodkami, a my nie jesteśmy właścicielami ziemi, tylko jej opiekunami. Naszym obowiązkiem i przywilejem zarazem jest dbać o przyrodę i świat naturalny.

Hawajczycy – podobnie do innych ludów rdzennych – uznawali coś, co można by nazwać odpowiedzialnością za kolejne pokolenia. Jednym z innych nad wyraz ważnych pojęć kulturowych jest pono – równowaga, harmonia, sprawiedliwość. W życiu osobistym i społecznym działamy tak, żeby wszystko było pono. Ważne decyzje dotyczące środowiska i społeczeństwa należy rozpatrywać pod kątem tego, jak wpłyną na stan świata, który zastaną nasze następne pokolenia (wśród przynajmniej niektórych narodów Ameryki Północnej mowa jest o siedmiu kolejnych pokoleniach).

Jakże odległe koncepcje od zachodniej dominacji i nieustannego nakręcania konsumpcjonizmu. O ileż mądrzejsze podejście do sprawy, niż cztero- i pięciolatki dyktowane interesami wiecznie zmieniających się opcji politycznych.

Mniej więcej w tym samym czasie znajoma Hawajka poleciła mi książkę „The bowl of light”, która zawiera nauki członka starszyzny hawajskiej, Hale Makua. Czytając różne publikacje o tematyce duchowej, niejednokrotnie spotykałam się ze stwierdzeniem, że żyjemy we śnie. Mówiono w nich o konieczności przebudzenia i dostrzeżenia rzeczywistości taką, jaka jest. Ja jednak nigdy do końca nie rozumiałam, o co chodzi ani czym jest ten „sen”.

Również w „The bowl of light” pojawia się stwierdzenie, że „żyjemy we śnie”, a Hale Makua wyjaśnia, jak tę koncepcję rozumieją Hawajczycy. Nie dość, że bardzo dogłębnie dotarło do mnie, co miał na myśli, otworzyło mi to jeszcze szerzej oczy na to, jak bardzo realny jest wpływ jednostki – mnie, ciebie, jej i jego – na to, jak wygląda nasz świat.

Żyjemy we śnie, ponieważ wszystko, co widzimy dookoła siebie zostało kiedyś przez kogoś wyśnione, a dopiero później sprowadzone do świata materialnego. Ubrania, które nosimy; narzędzia, których używamy; budynki, w których mieszkamy; stoły, przy których zasiadamy – wszystko, co stworzył człowiek było najpierw czyimś snem.

Weźmy za przykład twój zimowy płaszcz: to, jak wygląda, z czego został uszyty i jak skrojony było kiedyś tylko wizją żyjącą w czyjejś głowie – snem o tym konkretnym płaszczu. Następnie pomysł ten został przelany na papier pod postacią projektu i wzoru wykroju, wycięty z materiału i zszyty w jedną całość. Ty, nosząc go teraz, żyjesz w śnie osoby, która go wymyśliła.

Podobnie jest z każdym, najmniejszym nawet przedmiotem, który kupujemy i posiadamy; z tym, jak prowadzony jest biznes i z tym, jak wyglądają nasze społeczeństwa. Kiedyś wszystkie produkty, usługi i struktury były tylko czyimś pomysłem, marzeniem, projektem – jednym słowem, snem. Nasz świat – w swojej obecnej formie – jest jedynie kolektywem snów wszystkich osób, które były tu przed nami oraz nas, którzy idziemy w ich ślady.

Jak to niesamowicie ułatwia i upraszcza zrozumienie tego, co musi się zadziać, by nasz świat wyglądał inaczej: musimy – po prostu – zacząć śnić inne sny..!

żyjemy w śnie www.magdabebenek.pl odpowiedzialna konsumpcja

Problem w tym, że większość z nas śni na autopilocie i nigdy nie zdaje sobie sprawy ze swojej sprawczości. W ten sposób jedynie, bezwiednie, wspieramy sen innej osoby. A przecież nie każdy marzy o dobrym, pięknym, sprawiedliwym świecie…

„Jeśli nie działasz w kierunku spełniania swoich marzeń, ktoś inny zatrudni cię do tego, byś pracował nad jego marzeniami” – dokładnie to robimy godząc się na świat, który nas otacza. Na niesprawiedliwość ekonomiczną, polityczną i społeczną. Na brak bezpieczeństwa dla kobiet, na dramatyczny stan środowiska naturalnego, na przemysł żywieniowy, który nas zabija i przemysł farmaceutyczny, którego biznes kręci się wtedy, gdy my jesteśmy chorzy i uzależnieni od jego produktów.

Nie kwestionujemy imperatywu rozwoju gospodarczego za wszelką cenę. Na planetę patrzymy jak na naszą własność i źródło naszych zasobów, a nie jak na naszą matkę i źródło wszelkiego życia. Nie przynależymy do ziemi, a jesteśmy jej „panami”. Zwierzęta są środkiem do celu, a nie współbratymcami. A przecież człowiek z jakiegoś powodu pojawił się na Ziemi jako ostatni – gdyby nie wszystkie zrodzone wcześniej zwierzęta i rośliny, które obecnie bezmyślnie zabijamy i wyniszczamy, nie mielibyśmy szans na przetrwanie i ewoluowanie.

Dokładnie takie podejście do życia i do planety miały ludy rdzenne, które człowiek „cywilizowany” nazwał „barbarzyńcami” i – zamiast dostrzec ich mądrość – siłą i przemocą zdławił ich kulturę, wstrzymał rytuały. Pozbawił ostatnich z nas połączenia z ziemią i duchowością wynikającą z połączenia z samym sobą i z naturą, a nie z narzuconej „religijności”.

Hawajczycy, odizolowani od reszty świata tysiącami kilometrów oceanów, przez setki lat byli całkowicie samowystarczalni jeśli chodzi o pożywienie, materiały budowlane i wszystko inne, co konieczne im było do przetrwania. Od kiedy „odnaleziono” ich kilka wieków temu, a następnie rozpoczęto amerykańską kolonizację, na wyspy importowane jest 92% jedzenia (!) – gorszej jakości i droższego. Zakłócane są święte miejsca i porzucane wszelkie rytuały, które były święte i ważne z konkretnych powodów – chroniły, na przykład, źródła wody pitnej czy zapewniały zrównoważone rybołówstwo. Jednak człowiek „cywilizowany” nie będzie przecież przestrzegał „barbarzyńskich zabobonów”, więc ciśnie ze swoim rozwojem, betonem, hotelem i polem golfowym.

Podobnie jak wiele innych ścieżek duchowych, również hawajska zakłada, że to kobiety zmienią i uratują świat. Po tysiącleciach działania w męskiej energii, stawiania na podporządkowanie, agresję i siłę, nadchodzi czas troski i współczucia. Na etapie rozwoju, na którym jesteśmy (i zagłady, którą sobie szykujemy), nadeszła pora na to, by kobiety powstały i podniosły głos, podczas gdy faceci usiądą, zaczną nas słuchać i podążać w nowym kierunku.

Skoro żyjemy we śnie, to naszym zadaniem jest wyśnienie świata, którego chcielibyśmy dla naszych dzieci i wnuków. Musimy spotkać się ze sobą i wymarzyć świat, który chcemy stworzyć, a następnie uczyć się wzajemnie delikatności, która pozwoli nam razem urzeczywistnić ten sen. Brzmi górnolotnie i nieosiągalnie, ale wcale tak nie jest.

Wystarczy zamknąć oczy i zacząć marzyć: jakiego świata chcę dla moich dzieci i wnuków?

odpowiedzialna konsumpcja świat naszych dzieci www.magdabebenek.pl

Ja chcę dla moich dzieci świata, w którym inne kilkuletnie dzieci w Chinach nie będą za grosze pracowały po kilkanaście godzin dziennie, by zrobić mi nowe Najki. Otwieram oczy i rozwiązanie jest proste – nie kupuję już produktów firm, które zarabiają krocie dzięki tzw. sweatshop. Zamiast tego, wyszukuję firmy odpowiedzialne społecznie i zrównoważone, i to ich produkty wspieram.

Chcę dla moich córek świata, w którym mogą czuć się bezpieczne niezależnie od tego, w co się ubiorą i o której godzinie wyjdą na ulicę. Otwieram oczy i zdaję sobie sprawę z tego, że to wcale nie edukacja i finansowe uniezależnienie się kobiet jest głównym rozwiązaniem – to tak, jakby mówić, że żadna wykształcona zamożna kobieta nigdy nie została zgwałcona, napastowana czy pobita. Rozwiązaniem jest edukowanie chłopców w taki sposób, żeby wyrośli na mężczyzn, którzy nie gwałcą i nie biją, którzy nie czują, że ciało kobiety jest im jakkolwiek przynależne.

Chcę dla moich dzieci świata, w którym pożywienie będzie ich lekarstwem, a nie trucizną. Otwieram oczy i wspieram lokalnych rolników i uprawę organiczną. Nie kupuję przetworzonych rzeczy, a już na pewno nie produkty firm, które uważają, m.in., że dostęp do wody pitnej nie jest niezbywalnym prawem każdego człowieka (vide: Nestle). Nieustannie się edukuję, po czym głośno mówię o zagrożeniach obecnej diety i tego, dokąd zmierza i na czym jest oparty przemysł spożywczy.

Chcę dla moich dzieci świata, w którym mogą wyglądać, jak chcą. W którym mogą mieć krzywe zęby, jedną nogę krótszą lub dłuższą, a i tak czuć się piękne. Dlatego gdy otwieram oczy, nie maluję się, nie czytam ogłupiających i umacniających szkodliwe stereotypy „magazynów kobiecych”. Nie oglądam programów, które wmawiają mi, jak mam wyglądać i jak odczuwać swoje piękno, nie przekazuję moich pieniędzy firmom, które próbują zrobić to samo.

Chcę dla moich dzieci świata, w którym kobiety i dzieci w Indiach, Nepalu czy Kambodży nie zapracowują się na śmierć szyjąc mi kolejny topik z H&M, za który ja zapłacę kilkadziesiąt złotych, a one zarobią kilkadziesiąt groszy. Otwieram oczy i nie kupuję nic z metką Made in India, Cambodia czy Laos 2: W zamian wspieram etyczne firmy, a by pomóc kobietom z tych obszarów, wspieram lokalne mikroprojekty. Wyszukuję sklepy online z rękodziełem z danego regionu, by w trakcie podróży wspierać lokalne firmy. Być może kosztują więcej, ale nie potrzebuję mieć pięćdziesięciu bluzek – i tak chodzę zawsze w ulubionych pięciu (jak każdy inny na świecie – prawo Pareto).

Chcę dla moich dzieci świata, w którym ich poczucie własnej wartości bazuje na nich samych i na tym, jakimi są ludźmi, a nie na tym, co posiadają na własność i co „osiągnęli”. Otwieram oczy i jestem minimalistką. Nie chodzę na zakupy co tydzień, nie mam najnowszego modelu telefonu, nie daję się zapętlić w konsumpcyjny wyścigu szczurów. Używam rzeczy dopóki są do tego zdatne, nie dopóki nie wyjdą z mody. Syci i zajmuje mnie robienie tego, w co wierzę a nie tego, co dobrze brzmi lub lepiej płaci. Najważniejsi są dla mnie ludzie i spotkania z nimi, nie ich CV czy ilość dokonań na koncie.

Chcę dla moich dzieci świata pełnego zwierząt i pięknych roślin, czystego oceanu i powietrza, które ich nie zatruwa. Otwieram oczy i, na tyle, na ile mogę, nie używam szkodliwego plastiku, ani trującej dla mnie i dla środowiska chemii. Nie jeżdżę samochodem, gdy nie muszę. Aktywnie uczestniczę w gospodarce dzielonej i wymianie barterowej. Nie przykładam ręki do bestialskiego zabijania zwierząt, przyłączam się do inicjatyw ochraniających środowisko, jestem świadomym konsumentem. Podnoszę cudze śmieci z trawnika.

Chcę dla moich dzieci świata, w którym pięciolatki w Kambodży nie są wielokrotnie gwałcone, kobiece płody zabijane, a osoby niepełnosprawne zamykane w piwnicach. Otwieram oczy i udzielam się na rzecz kobiet i dziewcząt, finansuję akcje edukacyjne, walczę z wykluczeniem społecznym i okazuję wsparcie tym, którzy mieli w życiu mniej szczęścia ode mnie.

Chcę dla moich dzieci świata… – chyba już wiesz, o co chodzi.

zmienić świat lepszy świat odpowiedzialna konsumpcja www.magdabebenek.pl

Nie zawsze myślałam tak długofalowo i z tak szerokiej perspektywy. W nieodgadniony dla mnie teraz sposób nie zdawałam sobie sprawy z tego, że KAŻDY z moich codziennych wyborów konsumenckich i zawodowych kreuje świat, w którym żyję.

Praktyczny wymiar powyższych rewelacji uderzył mnie dopiero, gdy pewnego pięknego, słonecznego popołudnia… składałam pranie. Trzymając w dłoni prześcieradło doznałam olśnienia, które zwaliło mnie z nóg.

Mieszkałam wtedy na wyspie Big Island, w małej, ekologicznej chatce z bambusa położonej nad oceanem. Dziewięćdziesiąt procent kupowanych przez nas produktów spożywczych było organicznych lub ekologicznych. Opieraliśmy się na energii słonecznej. Całość ośrodka była zbudowana z naturalnych materiałów. Kompostowaliśmy i nie stosowaliśmy żadnej chemii, nawet nasze kremy przeciwsłoneczne i substancje odstraszające komary były bio i eko. Właściciele ośrodka, para ponad sześćdziesięcioletnich amerykańskich podróżników, dziennikarzy i joginów, cały czas mówili o pozytywnej energii, zmienianiu świata na lepsze i utrzymywaniu wysokich wibracji.

A jednak prześcieradła, na których spali nasi goście na metce napisane miały „Made in India”.

„Made in India” kosztem zdrowia kobiet pracujących za głodowe pensje. „Made in India” kosztem edukacji ich dzieci. „Made in India” kosztem równouprawnienia. „Made in India” kosztem środowiska. „Made in India”, by właściciel korporacji mógł szybciej i więcej zarobić. „Made in India”, by turyści przylatujący na wakacje na rajskich Hawajach mogli wygodniej wypocząć.

I nagle uświadomiłam sobie jaką wagę ma to, na co wydaję pieniądze. Zrozumiałam, że to właśnie poprzez odpowiedzialne zakupy mogę codziennie – faktycznie i realnie – pozytywnie zmieniać świat. Nie tylko swój, ale i mieszkańców Azji, Afryki czy Ameryki Południowej.

W efekcie poczułam, że w moim życiu nie ma już miejsca na „Made in India”: na niszczenie środowiska, by trochę oszczędzić; na wspieranie nieludzkich warunków pracy i wyzysku kobiet, by nadal wygodnie konsumować; na mówienie o globalizacji tylko wtedy, gdy mi to na rękę; na umywanie rąk od tego, jak robiony jest biznes i jaki ma wpływ na ludzi na całym świecie.

Niby Ameryki nie odkryłam, bo z hasłami dotyczącymi odpowiedzialnej konsumpcji i głosowania portfelem spotykałam się już wcześniej, jednak nigdy nie dotarły do mnie z taką mocą i przekonaniem, jak tego dnia. Jako że nigdy wcześniej nie patrzyłam na ten temat z taką klarownością umysłu, odpowiedzialną konsumpcję zawsze odkładałam na później: jak będę lepiej zarabiać, jak mi to będzie bardziej po drodze, jak będę miała pewność, że to ma sens. Nagle, gdy wybiegając myślami w przyszłość i przeszłość równocześnie zaczęłam rozumieć koszt wyprodukowania każdej rzeczy, która mnie otacza oraz jej wpływu na świat moich dzieci, nie było już żadnego „później”.

Teraz już wiem, że kupując, na przykład, produkty organiczne (spożywcze, odzieżowe, kosmetyczne), nie robię dobrze tylko sobie i swojemu zdrowiu. Kupując je: nie przykładam ręki do wypuszczania trujących chemikaliów do gleby, wody i powietrza; wspieram kogoś, kto dba o mnie i o środowisko, a nie o wyniki sprzedaży za wszelką cenę; daję godziwe zatrudnienie; pomagam dbać o to, co najważniejsze.

Bo zmiana świata zaczyna się dzisiaj, teraz. Ode mnie i od ciebie.

W momencie, gdy jemy.
Idziemy na zakupy.
Odprężamy się czytając książkę, magazyn lub artykuł w Internecie.
Udostępniamy filmik, zdjęcie lub link do bloga w mediach społecznościowych.
Rozmawiamy z przyjaciółką, nieznajomym lub sąsiadem.
Prowadzimy dom z partnerem.
Wyjeżdżamy na wakacje.
Rozwijamy własną firmę.
Siedzimy w pracy.
Wspieramy akcje społeczne.

Nieustannie wspieramy wizję świata sprawiedliwego, zrównoważonego, bezpiecznego i radosnego lub świata pełnego niesprawiedliwości i cierpienia, niezrównoważonego i niebezpiecznego. Robimy to na co dzień, bez przerwy i niezależnie od tego, czy się nad tym zastanawiamy, czy nie.

odpowiedzialna konsumpcja www.magdabebenek.pl

A mimo to, nader często udajemy, że na nic nie mamy wpływu.

Że to, komu dajemy zarobić nie ma znaczenia.
Że to, na co poświęcamy czas i energię jest tylko i wyłącznie naszą sprawą.
Że to, co robimy w naszym domu i mieście nie ma wpływu na mieszkańców reszty globu.
Że nic nie możemy zrobić z wojnami, z biedą, z nieszczęściem, z niesprawiedliwością.

Osobiście nie wierzę w żadne odgórne rewolucje. Jestem za to przekonana, że tym, co naprawdę może zmienić świat są wszelkie ruchy oddolne oraz zwiększanie świadomości na poziomie jednostki.

Żadne z nas nie jest bezludną wyspą, więc gdy ja zmieniam swoje poglądy i zachowania, pośrednio i bezpośrednio wpływam na wszystkich, z którymi się stykam. W dobie technologii, Internetu i mediów społecznościowych, każdy z nas ma platformę do tego, by zmieniać świat. Nosimy ją w kieszeni, dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Nikt nie wymaga, żeby w pojedynkę zbawiać świat, choć może to właśnie w tym tkwi problem – jak wyglądałaby nasza rzeczywistość, gdyby każdy z nas patrzył na siebie jako na osobę, która tego dokona?

Nieważne byłoby, ile innych osób postępuje tak, jak ja.
Nieważne byłoby, że niektórych zmian nie widać od razu.
Nieważne byłoby, że trzeba trochę więcej wydać lub trochę rzadziej kupić.

Najważniejsza byłaby świadomość, że to, co teraz zrobię odczują moje dzieci – aż do siódmego pokolenia. W końcu to one będą żyć w moim śnie, ponieważ wszystko, czego podejmuję się obecnie, kształtuje ich rzeczywistość.

Pora przestać się oszukiwać i zrozumieć, że wszystko i wszyscy jesteśmy siecią naczyń połączonych.

Świat, podobnie jak organizm ludzki, jest zależny od wszystkich procesów, które w nim w danym momencie zachodzą. Podobnie jak współczesna medycyna zdaje się zapominać o tym fakcie i uparcie dzieli człowieka na niezależne części ciała, łudząc się, że choroba jednej z nich nie ma wpływu na lub źródła w pozostałych, tak współczesny obywatel odcina się od tego, co dzieje się za płotem jego ogródka, miasta, państwa, kontynentu. Nie zdaje sobie sprawy, że robiąc to sam siebie wystawia na niebezpieczeństwo, bowiem ignoruje problemy i choroby, które – prędzej czy później – zawitają i w jego domu.

W przepowiedni plemienia Lakota z XIX wieku zapowiedziano nadejście siódmego pokolenia, które naprawi wyrządzone krzywdy i zmieni kierunek, w którym zmierzamy. My jesteśmy tym siódmym pokoleniem, choć zdaje się, że duża część z nas zapomniała wybudzić się z poprzedniego snu.

przepowiednia lakota siedem pokolen www.magdabebenek.pl

Dlatego zagrajmy teraz w małą grę:

Zamknij oczy i odpowiedz sobie na pytanie:
Jakiego świata chcesz dla swoich dzieci i wnuków?

A teraz otwórz oczy i zacznij go kreować.
Codziennie.

Przypisy
  1. Spotkanie to możecie obejrzeć tu. Tych, którzy dotrwają do 1:58:30, czeka mała niespodzianka.
  2. Chyba że mowa o zrównoważonym, ekologicznym i sprawiedliwym „Made in India”, a takie też istnieje.
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+