Kocham czytać, a jeszcze bardziej kocham docierać do książek, które wnoszą prawdziwą wartość do mojego życia. Jak przyjaciele, lektury te mają na mnie bardzo duży wpływ: bawią, edukują, pocieszają, dają nadzieję, towarzyszą w ciężkich chwilach, prowadzą za rękę, otwierają oczy i serce, koją duszę.

Ten rok wyjątkowo obfitował w znakomite książki, które stały się moimi towarzyszkami i przyjaciółkami. Jako że sama zawsze poszukuję rekomendacji świetnych książek, postanowiłam podzielić się z Wami listą tych, które były mi najbliższe w mijającym roku. Część z nich być może znacie, część będzie zupełną nowością, o niektórych wspominałam we wcześniejszych wpisach. Większość z nich nie doczekała się jeszcze polskich tłumaczeń (niestety), więc podaję tytuły i okładki oryginałów. Przy każdej opisuję, jak do mnie trafiła i co mi dała w tym roku, a okładki podlinkowane są do miejsc, w których można je kupić.

Wszystkie gorąco polecam!
(również na wartościowe prezenty gwiazdkowe dla siebie lub Waszych bliskich)

 


 

I. THE BOWL OF LIGHT, Hank Wesselman

the-bowl-of-light-hank-wesselman-magda-bebenek-wartosciowa-ksiazka

 

Książka ta trafiła do mnie zimą 2014 roku (wspominałam już o niej tu).

Mieszkałam wtedy na Hawajach, ale prawie cały czas spędzałam z Amerykanami lub Europejczykami, którzy przyjeżdżali nocować w ośrodku jogi, w którym byłam wolontariuszką. Bardzo brakowało mi kontaktu z rdzennymi Hawajczykami i kulturą hawajską, a nie jej wypaczoną i zamerykanizowaną wersją, którą znamy z telewizji czy większości treści „samorozwojowych”. Jednym ze sposobów dotarcia do tego, do czego i kogo nie miałam dostępu na co dzień, były książki – w przeciągu pierwszych dni pobytu na Big Island pojechałam do najbliższego dużego miasta i wyrobiłam sobie kartę biblioteczną, a później zaczęłam pożerać cała sekcję Hawaiiana. Jednak nawet na półkach z książkami o Hawajach, na Hawajach, ciężko było mi znaleźć coś, co nie byłoby napisane z perspektywy białych kolonizatorów. Kiedy na jednym z turnusów przebywających w naszym ośrodku poznałam Hawajkę z wyspy Moloka’i, skorzystałam z okazji i poprosiłam ją o polecenie mi czegoś, co pokazałoby mi prawdziwe tradycje i myśl filozoficzną Hawajów, nie ich zdeformowaną i skomercjalizowaną wersję (aka hunę). Zelie spojrzała na mnie uważnie i po krótkim namyśle powiedziała: Znajdź The bowl of light. I mimo że również ta książka napisana została przez Amerykanina, jej treść stanowi zapis nauk członka starszyzny hawajskiej, Hale Makua, a ja nie mogłam trafić na lepszą książkę w lepszym momencie.

Pobyt na Hawajach był dla mnie czasem gwałtownych wewnętrznych przemian, które wywróciły mój światopogląd, moje odczuwanie i wyrażanie emocji oraz moje plany na przyszłość do góry nogami. Był to czas bólu, cierpienia, gniewu, poczucia zagubienia, samotności i dezorientacji. Czas błądzenia po omacku, poczucia winy i miotania się między tym, co znałam i tym, co poznawać zaczynałam. Nauki i mądrość Hale Makua były drogowskazami i dawały ukojenie, równocześnie pokazując mi piękno i głębie hawajskiej kultury. To dzięki jego słowom „zaskoczyła” we mnie idea śnienia nowych snów dla świata, to dzięki niemu zaczęłam rozumieć, co się ze mną dzieje i dlaczego, a także co jeszcze przede mną.

Mimo że książka pojawiła się w moim życiu dwa lata temu, nieustannie ma na mnie ogromny wpływ, a płynące z niej lekcje wyznaczały tory temu, co robiłam w tym roku i co zamierzam robić w przyszłości.

 


 

II. THE DESCENT OF WOMAN, Elaine Morgan

the-descent-of-woman-elaine-morgan-magda-bebenek

 

Nie pamiętam dokładnie, jak trafiłam na Elaine Morgan i jej The Descent of Woman, ale niezmiernie się cieszę, że tak się stało – jestem nią zachwycona.

Morgan opisuje proces ewolucji człowieka, ale w sposób i z perspektywy zupełnie innej niż ta, której uczono mnie w szkole. Po pierwsze, szczegółowo i wielowymiarowo przedstawia tzw. hipotezę wodnej małpy (aquatic ape hypothesis), która wyjaśnia bardzo wiele cech anatomicznych i fizjologicznych człowieka, które są nie do wyjaśnienia w „klasycznej” teorii ewolucji. Po drugie, wiele z tych zmian gatunkowych wyjaśnia w odniesieniu do kobiet i roli jakie pełnią. Zwraca uwagę na to, jak wiele kobiecych oraz ludzkich cech anatomicznych tłumaczy się potrzebami mężczyzny-myśliwego-na-sawannach, które to wytłumaczenia – w skrócie rzecz ujmując – nie trzymają się kupy.

O ile facet-naukowiec może spojrzeć na kobietę przez pryzmat swoich potrzeb i stwierdzić, że jej piersi wykształciły taki a taki kształt po to, żeby była mu bardziej atrakcyjną (co ma zapewnić przedłużenie gatunku ludzkiego, bo jak mu się kobieta spodoba, to będzie chciał jej zrobić dziecko), to kobieta spojrzy na kobietę i zapyta: jaką rolę taki kształt piersi pełni u kobiety w kontekście ewolucji i ułatwienia przedłużenia gatunku? Bo to, wbrew pozorom, nie facet jest głównym beneficjentem zmian ewolucyjnych, a dziecko – to jego przetrwanie jest najważniejsze, jeśli gatunek ludzki ma nie wyginąć. I tak oto będzie można dojść do wniosku, że piersi kobiety mają taki a taki kształt po to, żeby mogła bezpieczniej i wygodniej karmić swoje młode (w dużym skrócie – Elaine Morgan cudownie opisuje takie przykłady!)

Lektura tej książki była dla mnie momentem przełomowym, jeśli chodzi o zrozumienie tego, że żyjemy w męskim świecie. I to nie w znaczeniu tego, że faceci mają więcej władzy, lepsze stanowiska czy silniejszą pozycję w „tradycyjnym” modelu rodziny, ale w znaczeniu tego, że większość naukowców, historyków i antropologów to mężczyźni. Przeważająca większość teorii, hipotez i badań, oraz opartych na nich nauk i koncepcji dotyczących świata, przeprowadzona została i nauczana jest przez mężczyzn. A to oznacza, że to, jak widzimy, wyjaśniamy i rozumiemy świat pochodzi od mężczyzn. Nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że męski punkt widzenia i sposób myślenia jest inny od kobiecego.

Po przeczytaniu The Descent of Woman zaczęłam być bardziej świadoma tej dysproporcji w narracji dotyczącej polityki, nauki, gospodarki i społeczeństwa, równocześnie postanawiając, że w 2016 roku chcę czytać więcej książek napisanych przez kobiety (naukowców, dziennikarzy, polityków, ekonomistów), żeby otworzyć się na inne sposoby postrzegania i tłumaczenia naszego świata. Być może bardziej mi bliskie i bardziej dla mnie logiczne.

 


 

III. THE INCREDIBLE UNLIKELINESS OF BEING, Alice Roberts

alice-roberts-the-incredible-unlikeliness-of-being-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Drugą połowę stycznia spędziłam w Szkocji, na festiwalu muzycznym Celctic Connections w Glasgow oraz biorąc udział w obchodach Up Helly Aa na Szetlandach.

W drodze na lekcję cèilidh, tradycyjnych tańców szkockich, wstąpiłam w Glasgow do sklepu z tanią książką. Pośród niezliczonych książek kucharskich i biografii piłkarzy, wpadła mi w ręce The incredible unlikeliness of being. Zachęcona świetną okładką i mając w pamięci swoje postanowienie związane z lekturą The Descent of Woman, postanowiłam ją kupić. Zaczęłam czytać i natychmiast pochłonęła mnie lektura tej niezwykłej książki.

Alice Roberts zabiera nas w fascynującą podróż po ewolucji i w rewelacyjny sposób przedstawia kolejne fazy rozwoju, które przechodzi pojedyncza komórka w dziewięć miesięcy rozwijając się w inteligentny, skomplikowany i spektakularny twór zwany ludzkim organizmem. Mimo że podróż ta pełna jest zupełnie niezrozumiałych dla mnie słów (nawet po polsku miałabym zapewne problem z wieloma terminami bez użycia słownika), obfituje również w informacje, z którymi nigdy wcześniej się nie spotkałam, a które mają dla mnie ogromny sens – szczególnie w kontekście ochrony środowiska, szacunku dla życia i praw zwierząt oraz koncepcji tego, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni.

Zestawiając ze sobą rysunki różnych faz płodu ludzkiego oraz innych organizmów, Roberts udowadnia, że na swoich początkowych etapach rozwoju, człowiek przechodzi przez formę wielu swoich przodków. Przodkami nazywam tu gatunki innych zwierząt, lądowych i morskich, które wykształciły się przed naszym nadejściem. Koncepcję tę pierwszy raz usłyszałam od Hawajczyków, którzy zarówno zwierzęta jak i rośliny traktują jako nasze starsze rodzeństwo oraz protoplastów – w końcu byli tu przed nami. Podejście to bardzo do mnie przemówiło już wtedy, teraz dodatkowo mam na półce książkę, która udowadnia to również zachodnimi metodami naukowymi.

Jednak nawet gdyby nie wyciągać tak daleko idących wniosków jak ja, The incredible unlikeliness of being będzie niezapomnianą i zajmującą lekturą dla każdego, kto choć raz zatrzymał się, by zachwycić się tym, jak niezwykłe jest ludzkie ciało i jak nieprawdopodobna jest jego podróż od zapłodnionej komórki jajowej to pełnokrwistego człowieka.

 


 

IV. EVERY BOOK ITS READER, Nicholas A. Barbanes

every-book-its-reader-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Kolejne ze szkockich znalezisk, tym razem na wyprzedaży w lokalnej bibliotece. Uwielbiam książki, ale chyba jeszcze nigdy nie czytałam książki o książkach… Było warto!

Every book its reader jest swoistym hołdem złożonym książkom, ich autorom i czytelnikom. Przedstawia ciekawostki literackie, śledzi trendy czytelnicze, podaje przykłady wpływu literatury na życie ludzkie, pokazuje historię książek oraz ich wpływu na historię świata oraz wszystko pomiędzy. Bawi, wzrusza, zachwyca, edukuje.

Co najważniejsze dla mnie, pomogła mi uświadomić sobie, jak ogromną rolę w moim życiu pełnią książki oraz ponownie przypomniała o tym, jak cudownym narzędziem mogą być w osiąganiu celów związanych z promowaniem zmian społecznych, aktywizmu, działania na rzecz środowiska i innych istot. To w trakcie lektury Every book its reader, patrząc na śnieg padający za oknem, podjęłam decyzję o wystartowaniu z częścią mojej działalności, która przerodziła się w projekt Przedsiębiorczy Autor. To znad jej kartek zaczęłam marzyć o współpracy z podróżnikami, społecznikami, aktywistami, uzdrowicielami, gawędziarzami i terapeutami, którzy chcieliby się samodzielnie wydać, byśmy wspólnie mogli tworzyć społecznie wartościowe książki, swoiste narzędzia dobrej zmiany.

 


 

V. THE SCIENCE OF TRUST, John M. Gottman

the-science-of-trust-john-gottman-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Na The Science of Trust trafiłam na Kanarach, gdzie przebywałam od lutego do maja.

W trakcie pobytu na Gran Canaria przechodziłam ciężkie chwile w związku i byłam zdesperowana i zdeterminowana, by znaleźć coś, co mogłoby mi pomóc w pracy nad moją relacją. Wierzę, że jedną z podstaw każdej relacji w naszym życiu jest zaufanie, więc dość naturalnie to właśnie od kwestii (od)budowy zaufania w związku zaczęłam moje poszukiwania. Dość szybko trafiłam na działalność Johna Gottmana i po obejrzeniu kilku krótkich filmików na YT dotyczących jego badań i głoszonych nauk, postanowiłam kupić jego książkę.

Uważam, że jest świetna i polecałabym ją każdemu – niezależnie od tego, czy jest w związku czy nie, oraz w jakim stanie ten związek jest. Bardzo przemówiły do mnie koncepcje solidnej konstrukcji związku (the sound relationship house) oraz miłosnej mapy (love map), którymi do pewnego stopnia udało mi się zainteresować również mojego partnera. Wypełniliśmy jeden z kwestionariuszy Gottmana, który uświadomił nam pewne aspekty naszego związku, które wcześniej nie zostały nazwane, a które wymagają naszej uwagi. Kilka razy odpowiadaliśmy sobie też na pytania z kwestionariusza miłosnej mapy (jedną z jej wersji znajdziecie tu), co było bardzo dobrą okazją do wspólnej zabawy. Raz albo dwa pokazało mi też, że mój partner szybciej i sprawniej podaje odpowiedzi mnie dotyczące, niż ja sama.

Tym, co póki co najbardziej zostało ze mną z tej książki jest jedno ze stwierdzeń dotyczących różnic i kłótni w związkach. Być może dlatego, że po wstępnym etapie zachłyśnięcia naszą relacją i „idealnym dopasowaniem”, dość szybko zaczęło się okazywać, że jesteśmy z moim partnerem zdecydowanie mniej niż bardziej do siebie podobni. To znowuż zaczęło powodować wiele spięć, dylematów i kłótni, a także zrodziło wątpliwości co do przyszłości naszego związku.

Z badań Gottmana wynika, że konflikty w związkach dzielą się na rozwiązywalne i nierozwiązywalne: te pierwsze związane mogą być np. z nieumiejętną komunikacją czy chwilowymi stanami emocjonalnymi, natomiast te drugie mają swoje źródło w głęboko zakorzenionych postawach i przekonaniach, które są nieodłączną częścią każdego z nas. O ile tych pierwszych można uniknąć lub nauczyć się je rozwiązywać, gdy się pojawiają, o tyle drugich się rozwiązać nie da, ponieważ są nierozerwalnie połączone z naszą tożsamością. Co najważniejsze, zdecydowana większość sporów i kłótni w związkach ma swoje korzenie w kwestiach nierozwiązywalnych, co oznacza, że nasze konflikty w dużej mierze rozbijają się o rzeczy, które nie mają szans się zmienić.

Informacja to pomogła mi uświadomić sobie, że związek z daną osobą oznacza związek z danym zestawem różnic i konfliktów nie do pogodzenia, do końca jego trwania. Albo więc nauczę się to akceptować i skupię się na budowaniu podwalin związku, które pomagają w zarządzania sytuacjami konfliktowymi (nad tytułowym zaufaniem, które później pomaga w rozładowywaniu sytuacji, traktowaniu ich z humorem, zażegnywaniu kłótni zawczasu), albo nigdy nie dojdę do harmonii i upragnionej komunikacji z partnerem. Jeśli nie chcę się skupić na tej opcji, pozostaje zakończenie związku – przy świadomości tego, że nawet jeśli z innym partnerem nie będzie konfliktów na tych polach, będą na innych. Wybrałam bramkę numer jeden.

John Gottman napisał kilka książek, dwie z nich zostały wydane po polsku: Siedem zasad udanego małżeństwa oraz 10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo

 


 

VI. THE ARTIST’S WAY, Julia Cameron

the-artists-way-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek    droga-artysty-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Droga Artysty mignęła mi w necie wielokrotnie, zanim jakkolwiek się nią zainteresowałam. Głównie wynikało to z faktu, że nadal byłam bardzo podejrzliwa, jeśli chodzi o wszelkie około „samorozwojowe” treści. Równocześnie czułam się zblokowana i kreatywnie wyjałowiona, starając sobie poradzić ze wszystkimi zmianami, przez które przechodziłam. Po tym, gdy dwie znajome mi osoby w przeciągu kilku dni niezależnie od siebie napisały do mnie z rekomendacją tej książki, postanowiłam przemóc swoją niechęć i ją zamówić. Jednak zebranie się do niej zajęło mi jeszcze kilka ładnych tygodni od momentu, w którym do mnie dotarła.

Widać tak musiało być – gdy w końcu poczułam w sobie ciekawość i chęć pracy z metodą Julii Cameron, z radością rozpoczęłam jej kurs. Nigdy go nie skończyłam (ba, zdążyłam zrobić chyba tylko z dwa czy trzy rozdziały), ale idea porannych stron oraz kilka zestawów pytań-ćwiczeń, przez które przeszłam były strzałem w dziesiątkę. Pomogła mi uporządkować wiele myśli, zacząć wprowadzać pewne zmiany (ileż można pisać to samo i narzekać na to samo, zanim w końcu coś z tym zrobimy?) a także wylać z siebie rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Mojej pracy z Drogą Artysty towarzyszyło wiele wyzwalających chwil i objawień, a spisane dzięki niej refleksje będą z pewnością miały swoje odbicie w moich tekstach oraz treści warsztatów i kręgów kobiet, które chcę w przyszłym roku prowadzić w Polsce1.

 


 

VII. SEKRETNE ŻYCIE DRZEW, Peter Wohlleben

sekretne-zycie-drzew-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Sekretne życie drzew skradło mi serce.
Od kiedy zobaczyłam okładkę i przeczytałam tytuł tej książki, od razu wiedziałam, że będzie to wyjątkowa lektura.

To, że lasy pełnią ważną rolę w naszym życiu, wiedziałam od dawna. Wiedziałam to jednak na zasadzie: las to płuca Ziemi, las to dom wielu gatunków roślin i zwierząt, z lasu mamy drewno, a z drewna opał, mebel i kartkę papieru. Do stosunkowo niedawna patrzyłam na przyrodę i, mimo że często się nią zachwycałam, nie widziałam jej mądrości, nie postrzegałam jej jako nauczycielki, nie widziałam w niej moich korzeni. Nie byłam więc świadoma ogromu inteligencji, relacji czy procesów samoregulacji obecnych w lasach. Zaczął to zmieniać mój pobyt na Pacyfiku i rozmowy z Hawajczykami, zaczęła to zmieniać uważna obserwacja drzew, zmieniła to ta książka.

Im szerzej otwieram oczy patrząc na przyrodę, tym mniejszą rolę przypisuję człowiekowi. Wbrew temu, co powtarzają mi kultura i cywilizacja, w których dorastałam, nie uważam człowieka za pępek świata ani za zwieńczenie procesu ewolucji. Nie uważam, że jako gatunek jesteśmy bardziej inteligentni czy ważniejsi od innych. Jaki inny gatunek na Ziemi niszczy swoje środowisko, zanieczyszcza swoją wodę i zatruwa jedzenie? Co by się stało ze światem, gdyby nagle wyginęli ludzie, a co gdyby wyginęły pszczoły?

Peter Wohlleben, pracownik leśnictwa z ponad dwudziestoletnim stażem, w pewnym momencie swojej leśnej kariery też zaczął szerzej otwierać oczy, czego efektem jest Sekretne życie drzew. Fascynująca i zaskakująca książka, która pozwala nam zajrzeć za kotarę nieświadomości i niewiedzy, która oddziela nas od lasów i procesów w nich zachodzących. Czy wiedzieliście, że drzewa komunikują się ze sobą na co najmniej trzy sposoby, również dźwiękiem? Albo że lasy to istne wspólnoty, o najlepiej funkcjonujących systemach opieki społecznej i opieki zdrowia na świecie? Podobnych rewelacji, opartych na rzetelnych wieloletnich badaniach naukowych, znajdziecie tu 256 stron.

Po lekturze tej książki zobaczycie drzewa w zupełnie nowym świetle, a każda wycieczka do lasu stanie się wyprawą do magicznej krainy, krainy wartej uwagi, opieki i ochrony. A teraz, jak nigdy wcześniej, środowisko naprawdę ich z naszej strony potrzebuje.2

 


 

VIII. ŻYWY BUDDA, ŻYWY CHRYSTUS, Thich Nhat Hanh

living-budda-living-christ-magda-bebenek-wartosciowa-ksiazkazywy-budda-zywy-chrystus-wartosciowa-ksiazka

 

Nazwisko Thich Nhat Hanha było mi znane od dawna, jednak tak naprawdę niewiele wiedziałam o nim i jego twórczości, poza okazjonalnymi cytatami znajdywanymi tu i tam w Internetach. Sama zapewne nie sięgnęłabym po tę książkę (szczególnie jej polskie wydanie – serio, Zysk i S-ka?!), gdyby nie sugestia właściciela ulicznego stoiska z używanymi książkami, które odwiedziłam na początku października w Bombaju.

Żywy Budda, Żywy Chrystus jest tak piękną, mądrą, wieloaspektową i ważną książką, że czytając ją wielokrotnie myślałam sobie: gdyby na na świecie miała pozostać tylko jedna książka, ta by wystarczyła. Gdybyśmy potrafili dojść do takiego zrozumienia życia, relacji między nami i światem oraz naszego w nim miejsca, to by wystarczyło. Gdybyśmy poczuli taką miłość i empatię, dla siebie i dla innych, to by wystarczyło. Gdyby każdy przeczytał tę książkę i wprowadził w życie choć jedną czy dwie lekcje, to by wystarczyło.

To, co bardzo odrzuca mnie obecnie od większości książek „duchowych” czy „samorozwojowych” jest skupienie się tylko i wyłącznie na sobie i swoim najbliższym otoczeniu, lub skupienie się tylko na ludziach – z pominięciem planety, na której żyjemy oraz organizmów, z którymi tę planetę dzielimy. Brakuje mi szerszego i głębszego spojrzenia na zależności między nami i resztą życia na Ziemi oraz wezwania do działania na rzecz wszystkich istot, nie tylko gatunku ludzkiego. Nauki Thich Nhat Hanha zdecydowanie wypełniają dla mnie te lukę. Co ciekawe, pokazuje on, że takie podejście jest obecne nie tylko w buddyzmie, ale i w tekstach oraz koncepcjach zawartych w chrześcijaństwie. W ogóle porównania obu tych tradycji, które nam przedstawia, były dla mnie impulsem do tego, by z większą uważnością przyjrzeć się chrześcijaństwu, które z powodu obecnej formy instytucji kościoła od wielu lat było mi bardzo odległe.

Skoro mowa o uważności, Żywy Budda, Żywy Chrystus, było dla mnie pod wieloma względami objawieniem dotyczącym praktyki uważności (mindfulness). Spotkałam się z tym nurtem wiele razy, byłam też na kilkudniowych warsztatach mindfulness w Polsce, jednak znaczenie oraz wymiary tej praktyki nigdy nie dotarły do mnie z taką siłą, jak w trakcje czytania tej książki. Jeśli miałabym wskazać na jedno zdanie, które najbardziej zapadło mi w pamięci, i które obecnie wraca do mnie nawet kilka razy w ciągu dni, przywołując mnie z powrotem do ciała i do tego, co robię, byłoby to (parafrazując): Większość ludzi nie je jedzenia, które ma na talerzu, a swoje troski, obawy, frustracje, projekty. Jesteśmy tak zapętleni w myślach, że nie jesteśmy obecni z tym, co się dzieje w czasie i miejscu rzeczywistym (co również ma odzwierciedlenie w tym, co się dzieje z naszym światem i środowiskiem). Podane przez Thich Nhat Hanha sugestie dotyczące medytacji oddechowych, medytacji w trakcie chodzenia czy medytacji w trakcie jedzenia bardzo do mnie przemawiają, w przeciwieństwie do szeroko promowanej idei medytacji w ciszy i w bezruchu.

Kolejnym aspektem książki, który z racji obecnych procesów przez które przechodzę jest mi bardzo bliski, są przedstawione tu nauki o cierpieniu, jego korzeniach oraz potrzebie jego nieodrzucaniu. Odczuwanie cierpienia pełni bowiem kluczową w rozwijaniu empatii, a ta znowu jest podstawą do zaangażowania w pracę na rzecz życia – całości życia (rośliny, zwierzęta, minerały, żywioły). Jest to bezcenna nauka, szczególnie w świecie zdominowanym przez chęć znieczulenia, odwrócenia wzroku, bezmyślności i bierności.

Ilość cudownych lekcji, które są w zawarte w tej książce jest dla mnie nie do wyliczenia – skończę więc, zanim napiszę na ten temat wpis jej długości…

Tak na marginesie: nie mogłam się powstrzymać, żeby pokazać Wam jedną z okładek anglojęzycznego wydania tej książki obok naszej rodzimej jej wersji. Gdybym zobaczyła okładkę polskiego wydania, w życiu bym po nią nie sięgnęła! Jeśli macie podobne odczucie, albo zamówcie sobie książkę w oryginale, albo kupcie polskie wydanie i natychmiast zasłońcie jego okładkę, choćby gazetką z Biedronki.


 

IX. PASS IT ON, Joanna Macy
X. COMING BACK TO LIFE, Joanna Macy i Molly Brown


pass-it-on-joanna-macy-magda-bebenek-wartosciowa-ksiazka      magda-bebenek-wartosciowa-ksiazka-coming-back-to-life-joanna-macy

 

Ah, Joanna Macy.

Jeśli śledzicie mnie na Instagramie lub na FB, jej nazwisko powinno być Wam już znajome – w ostatnich miesiącach często o niej wspominam. Nie pamiętam dokładnie jak trafiłam na Joannę Macy, ale jest to dla mnie najważniejsze i najbardziej wartościowe odkrycie tego roku. Jako że jestem teraz w półrocznej podróży, jedynie z bagażem podręcznym, mam bardzo ograniczoną ilość miejsca. Tylko i wyłącznie z tego powodu nie zamówiłam sobie jeszcze wszystkich książek Joanny. Póki co, mam ze sobą Pass it on. Five stories that can change the world oraz Coming back to life. Obie ogromnie polecam.

Pass it on jest zbiorem pięciu opowieści-lekcji z życia Joanny, zebranych z jej spotkań z kulturami i tradycjami całego świata. Jest to króciutka i malutka książeczka, która ma potężną siłę rażenia. Tytuł nie kłamie – historie te naprawdę zawierają w sobie nauki, które mają ogromny potencjał pozytywnego wpływu na nas oraz na świat, który współtworzymy. Coming back to life jest swoistym przewodnikiem po The work that reconnects, autorskiej metodzie pracy Joanny powstałej z połączenia jej wieloletnich doświadczeń aktywistycznych, mądrości ludów rdzennych, buddyzmu, ekopsychologii, głębokiej ekologii, sztuki i pracy z emocjami.

Dlaczego twórczość Joanny Macy jest dla mnie tak ważna?

Ostatnie dwa lata były dla mnie czasem niezwykle głębokich i trudnych poszukiwań. Przeszłam od wypalenia i rozdzierającego duszę poczucia nieszczęścia, przez złość, ból, strach, irytację i smutek większy niż wszystko, co znałam do tej pory. Gdy spotykałam się z tymi wszystkimi trudnymi emocjami i pozwalałam im przez siebie przepływać, nie starając się ich już dłużej tłumić czy powstrzymywać, ludzie mówili mi, że jestem „negatywna”, mówili mi, żebym nie denerwowała się „rzeczami, na które nie mam wpływu”. Chcieli, żebym przestała tak dużo i tak głęboko przeżywać, ponieważ wpływało to na nich i sprawiało, że czuli się niekomfortowo. Równocześnie, ci sami ludzie bardzo często mówili o lub pracowali w tematach samorozwoju, duchowości, wysyłania miłości w świat itp. Dlatego też przez bardzo długi czas czułam, jakbym robiła coś źle. Uważałam się za ciężką, krytyczną, nieprzystosowaną. Nie pasowałam nigdzie i do nikogo, bo ludzie najczęściej chcieli być przede wszystkim szczęśliwi, również kosztem odcięcia się od tego, co dzieje się dookoła nas, a tym czego ja chciałam, była prawda. Prawda o tym, co dzieje się ze mną i z moim światem, prawda dotycząca mojej odpowiedzialności za powyższe, prawda tego, co należy teraz zrobić. Prawda, niezależnie od tego, jak niewygodna, bolesna, aspołeczna czy „niepozytywna” miałaby być.

Jakże się cieszę, że wytrwałam w procesie jej poszukiwania. W końcu wyszłam po drugiej stronie, silniejsza i bardziej zakorzeniona w moich wartościach, a także z ogromną potrzebą wspierania tego, co moim zdaniem najważniejsze w życiu. Teraz już wiem, że nie ma nic złego w tym, że głęboko odczuwam ból dewastowanej natury. Wiem, że nie ma nic złego w tym, że płaczę widząc cierpienie w oczach innych: ludzi i zwierząt, znajomych i nieznajomych. Wiem, że nie ma nic złego w odczuwaniu złości, gdy jestem świadkiem niesprawiedliwości. Ale przez długi czas nie było to dla mnie takie oczywiste. Zmieniło się to, między innymi, dzięki słowom i przykładowi Joanny Macy, która od grubo ponad 40 lat bardzo aktywnie działa na rzecz środowiska, sprawiedliwości społecznej, rozbrojenia nuklearnego i podobnych tematów. Obecnie ma 87 lat, nadal pisze, występuje i prowadzi warsztaty. Robi to z tak piękną mądrością, radością, głębią i zrozumieniem, że rozgrzewa mi serce. I daje nadzieję, że ja też mogę mieć tak niezwykły wpływ na to, co się dzieje.

Do tej pory przetłumaczono tylko dwie książki, które napisała lub współtworzyła Joanna Macy: „Myśląc jak góra” i „Rozszerzające się kręgi”. Marzę o tym, by w najbliższych latach sprowadzić do nas kolejne tytuły, poczynając od tych wymienionych tutaj.

 


 

XI. THE VANISHING ACT OF ESME LENNOX, Maggie O’Farrell

the-vanishing-act-of-esme-lennox-artosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Świetnie napisana powieść, która zwróciła moją uwagę na temat, z którym nigdy wcześniej się nie spotkałam: historii dekad (wieków?) zamykania kobiet w zakładach psychiatrycznych z powodu ich niedopasowania do obowiązujących norm społecznych, śmiałości w wyrażaniu opinii i/lub niepodporządkowania rodzinie. Choć książka czyta się bardzo szybko, nie jest to łatwa lektura. Wielokrotnie wzdrygałam się czytając o losach tytułowej Esme Lennox, równocześnie nie dowierzając, że takie rzeczy mogłyby się wydarzyć naprawdę.

A co do tego nie ma wątpliwości. Bez problemu dotarłam do faktycznych przypadków kobiet, które zamykano w azylach dla chorych psychicznie m.in. za nieposłuszeństwo mężowi, depresję po śmierci dziecka czy stosunki seksualnie poza łożem małżeńskim, ale i za mniejsze „przewinienia”: niewyprasowane ubrania czy kłótnie z sąsiadami. O kilku z nich możecie poczytać np. tu i tu, Z książki Maggie O’Farrell wyłania się przerażający obraz służby zdrowia używanej jako broń przeciwko kobietom, które nie chciały się podporządkować (brzmi znajomo, uczestniczko Czarnego Marszu?). Diagnozowanie stresu, depresji czy – uwaga, uwaga – szczerości jako chorób psychicznych i zamykanie kobiet w psychiatryku, gdzie stosowano barbarzyńskie metody „leczenia”, można by uznać za pieśń przeszłości. Ale czy na pewno?

Do pewnego stopnia tak, ponieważ wiktoriańskie psychiatryki, na których oparty jest azyl, w którym ląduje tytułowa Esme, w większości już nie istnieją. A jednak zbyt wiele elementów tej historii nadal ma odbicie w naszej rzeczywistości. Poczynając od „diagnozowania” ADHD u dzieci, które mają więcej energii niż życzyliby sobie tego dorośli (i faszerowania ich psychotropami, bardzo popularnego choćby w USA), po praktyki nadal stosowane w polskich szpitalach psychiatrycznych. Z tymi ostatnimi spotkałam się tej wiosny za sprawą prowadzącej projekt Wilczo głodna, która opowiedziała mi o kilku historiach czytelniczek jej bloga. Są to dziewczyny walczące z zaburzeniami odżywiania (głównie z bulimią, ale i anoreksją czy nałogowym objadaniem się), które trafiły na leczenie do szpitali, w których zamiast leczenia czekało na nie m.in. przypinanie skórzanymi pasami do łóżek i karmienie na siłę. Słuchałam tych opowieści z oburzeniem, do całkiem niedawna przekonana, że takie praktyki nie mają miejsca w służbie „zdrowia” XXI wieku. A jednak.

 


 

XII. THE OLD WAYS, Robert Macfarlane

robert-macfarlaine-the-old-ways-wartosciowa-ksiazka

 

Kolejne, po The Vanishing Act of Esme Lennox, niespodziewane znalezisko w Indiach.

Od dłuższego już czasu mam w sobie przemożną potrzebę pieszych wędrówek, swoisty zew chodzenia – nie umiem tego inaczej nazwać. Uświadomiłam to sobie z ogromną mocą, gdy starałam się znaleźć coś, co wywołałoby moją ekscytację (życiową, podróżniczą, zawodową), a moje myśli nieustannie wracały do gór, fiordów, lasów, przełęczy, wiejskich dróg i bezdroży; do Szkocji, Islandii i w Bieszczady. Niewielu rzeczy pragnę tak, jak wielotygodniowych pieszych podróży z plecakiem, spania na dziko i bycia w przyrodzie. Równocześnie boję się tego, ponieważ nigdy sama w ten sposób nie podróżowałam i nie wiem, czy umiałabym sprostać takiemu wyzwaniu. Dokładnie z takimi dylematami w głowie, w biblioteczce ośrodka surfingowego, do którego wpadałam w trakcie tegorocznego pobytu na południu Indii, wypatrzyłam The Old Ways. A journey on foot. 

Jest to chyba najpiękniej napisana książka, jaką kiedykolwiek czytałam. Przez „piękno” mam na myśli konstrukcję i formę języka, jakim jest napisana. Idee i obrazy przelewane w słowa przez Roberta Macfarlane mają fakturę i konsystencję, jakich jeszcze nie doświadczyłam w słowie pisanym. Żyją we mnie i działają na moje zmysły, powodując fizyczną i cielesną przyjemność. Jego uważność na przyrodę i otoczenie, w którym się znajduje, pozwala mu tworzyć metafory, które dosłownie zapierały mi dech w piersiach. Nie spotkałam się jeszcze z nikim, kto w ten sposób operowałby językiem. Bywało, że niektóre zdania czytałam kilkakrotnie, by rozkoszować się emocjami, które we mnie wywoływały. Marzę o tym, by być kiedyś w stanie tak lepić ze słów.

Niestety nie zdążyłam w całości przeczytać The Old Ways przed wyjazdem z Indii. Wiem jednak, że zamówię ją sobie, żeby wiosną czekała na mnie w Polsce – ta książka to prawdziwa uczta dla moich zmysłów.

 


 

XIII. OUTLANDER, Diana Gabaldon

outlander-blue-cover-198x300     obca-wartosciowa-ksiazka-magda-bebenek

 

Nie samą duchowością, samo-rozwojem i zmienianiem świata człowiek żyje! W momentach, gdy pragnę rozrywki, akcji i ucieczki w inny świat, sięgam po serię Outlander.

Zaczęło się od tego, że trafiłam na serial Outlander, kręcony na podstawie serii książek Diany Gabaldon. Po jego obejrzeniu natychmiast kupiłam pierwszą książkę, potem drugą i tak aż do ostatniej z dostępnych obecnie części (w przygotowaniu jest kolejna). Książki Gabaldon przypadły mi do gustu z wielu powodów: świetne tło historyczne, inteligentne dialogi, wielowymiarowi bohaterowie, mocne zwroty akcji i fascynujące relacje między ludźmi. Oczywiście, jak zapewne większość czytelniczek Outlandera, jestem zakochana w idei związku i miłości dwojga ludzi na kształt tej, która łączy dwójkę głównych bohaterów, ale książki te mają do zaoferowania zdecydowanie więcej, niż świetny wątek romantyczny. Pokazują całą gamę ludzkich emocji i doświadczeń, dorastanie i dojrzewanie, miłość, cierpienie i stratę, dylematy natury moralnej oraz zmianę charakteru relacji związanych ze sobą ludzi.

Poza samymi książkami, uwielbiam ich autorkę. Sześćdziesięcioczteroletnia Gabaldon jest dla mnie cudownym przykładem inteligentnej, elokwentnej i pewnej swojej wartości kobiety, która twardo stąpa po ziemi i ma własne zdanie oraz nie boi się mówić tego, co myśli. Jest przy tym zabawna i czarująca. Z ogromną przyjemnością oglądam wywiady, których udziela i mimo że sama nie mam zapędów do pisania fikcji, to z zainteresowaniem słucham wskazówek, jakich udziela na temat swojego warsztatu pisarskiego. A skoro o nim mowa, Gabaldon jest bardzo dobrze wykształconą osobą (doktorat z ekologii behawioralnej, przez dwanaście lat pracowała na uniwersytecie jako profesor sozologii), która pisze w sposób błyskotliwy i z polotem, używając przy tym niezwykle bogatego słownictwa (bardzo często sprawdzając słownictwo z książki jestem zaskoczona, że dane słowo w ogóle istnieje). Również historia powstania i wydania pierwszej książki (w 1991 roku) jest świetnym przykładem na to, jak wiele niesamowitych rzeczy może się wydarzyć, gdy po prost spróbujemy zrobić to, o czym od dawna marzyliśmy. Więcej na ten temat możecie przeczytać tu.

Nie mam pojęcia, jak dobre jest polskie tłumaczenie serii, więc na wszelki wypadek polecam czytać w oryginale!

 


 UDANEJ LEKTURY!


 

Jeśli czytaliście którąś z wymienionych przeze mnie książek, z chęcią poznam Wasze wrażenia z lektury.

Jeśli wpis zachęcił Was do sięgnięcia po którąś z nich, chętnie dowiem się, po którą i dlaczego.

I w końcu, jeśli są jakieś tytuły, które były Wam szczególnie bliskie w 2016 roku – z radością przeczytam Wasze rekomendacje.

  1. Jednym z moich marzeń na 2017 rok jest ruszenie w trasę po Polsce (i nie tylko) i spotykanie się z kobietami w ramach kręgów i warsztatów. Chciałabym być w Polsce przez zdecydowaną większość roku (od kwietnia do końca 2017) i marzę o tym, by był to bardzo aktywny czas. Jeśli byłabyś zainteresowana udziałem w takim spotkaniu lub znasz przestrzeń, która by się do tego nadawała – daj znać!
  2. A jeśli poza magiczną krainą, chcecie też wchodząc do lasu wiedzieć, co się w nim dzieje od strony merytorycznej, gorąco Wam polecam filmiki z serii „O lesie”, publikowane na YT przez Piotra Horzelę.
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+