Ekspert: słowo-wytrych, którym można wszystko wytłumaczyć, uzasadnić i uwiarygodnić, a nierzadko i zaczarować rzeczywistość. Kiedyś oznaczało człowieka, któremu można zaufać i który zna się na rzeczy. A dzisiaj?

Żyjemy w czasach komfortu, pośpiechu oraz braku pokory i cierpliwości. Blichtr i chwała tego, co przedstawiane nam jest jako życie pełne sukcesów napędzają w nas dążenie do spektakularnych wyników w jak najkrótszym czasie. Buta wygrywa z realną oceną swoich umiejętności, przebojowość z kompetencjami, znajomość marketingu z ekspertyzą.

Rozwadniamy masowo kolejne słowa, rozmywając przy tym ich znaczenie. Ekologiem może być obecnie każdy miłośnik przyrody, a nie jedynie specjalista na polu ekologii, czyli dziedziny biologii badającej organizmy w ich środowisku. Naukowcem może być każdy, kto pracuje na uczelni, niezależnie od stanowiska, które na niej zajmuje. A ekspertem? Ten, kto jak ekspert brzmi i wygląda. Doświadczenie i praktyka niewymagane.

Podzielę się z Wami kilkoma historiami z własnego podwórka związanymi z „ekspertami”, żeby lepiej zilustrować to zjawisko i pokazać, dlaczego uważam je za bardzo niebezpieczne. Zacznijmy od definicji samego słowa, a później przyjrzymy się „eksperckim” przykładom z życia wziętym.

Według SJP PWN:

ekspert

  1. «specjalista powoływany do wydania orzeczenia lub opinii w sprawach spornych»
  2. «osoba uznawana za autorytet w jakiejś dziedzinie»

Ze słownika synonimów dowiemy się również, że ekspert to inaczej:

specjalista, rzeczoznawca, opiniodawca, biegły, profesjonalista, profesjonał, fachowiec, autorytet, znawca, klasyk, augur, spec, praktyk, wyrocznia, wyga, wyjadacz, alfa i omega, chodząca encyklopedia

 

O ile kiedyś o tym, kto uznawany jest za eksperta, autorytet czy specjalistę decydowały owoce lat naszej pracy i zdobywania wiedzy w danym temacie, o tyle obecnie wystarczy sam wizerunek. O ile kiedyś ekspertem ogłaszali nas inni, o tyle obecnie sami możemy się takowymi ochrzcić. Jak?

Wystarczy wrzucić w Google hasło „Jak zostać ekspertem?” i na pierwszej stronie znajdziemy liczne wpisy samorozwojowców i marketingowców (lub innych trenerów), którzy pokazują, jak z nikomu nieznanej osoby zostać rozchwytywanym ekspertem. Część tych wpisów ma charakter wyśmiewający wspomniany wyżej trend, a część – używając tych samych argumentów – napisana została całkiem na serio.

SAMOZWAŃCZY EKSPERT

Znam to „stawanie się ekspertem” z autopsji. Zarówno z poziomu uczestniczki różnych szkoleń, której ładowano podobne rzeczy do głowy, jak i z perspektywy osoby, która sama zaczęła się – mocno na wyrost – tytułować różnymi imponująco brzmiącymi słowami, by podnieść swoją rangę w oczach innych. Nie czułam się z tym dobrze, ale równocześnie ulegałam odczuwanej wtedy presji, by być w czymś ekspertem oraz „profesjonalnie” się opakować.

Weźmy za przykład BIO, które stworzyłam przy okazji przyznania mi tytułu Ambasadorki Przedsiębiorczości Kobiet w 2014 roku. Pisząc je czułam się lekko nieswojo, teraz patrzę na nie z głębokim zażenowaniem.

 

jak zostać ekspertem? ekspert magda bębenek

 

Dlaczego akurat te emocje?

Gdym miała podobne BIO napisać obecnie to, przede wszystkim, nie byłabym żadną specjalistką ds. self-publishingu. Jasne, wydałam z sukcesem dwie książki (sukcesem w moim rozumieniu, oczywiście) i od kilku lat wspieram autorów, którzy chcą się samodzielnie wydać. Tak, mam wiedzę na temat tego procesu i praktyczne doświadczenie jako self-publisher. Tak, wydałam się samodzielnie 5.5 roku temu, gdy self-publishing był w Polsce jeszcze mało znany i popularny, nawet wśród osób z dużymi społecznościami (a ja nie miałam praktycznie żadnej). Ale nie, nie czyni to ze mnie żadnej specjalistki w tej dziedzinie i dzisiaj w życiu bym się takową nie nazwała.

Po drugie, tak, napisałam książki dla kobiet, których celem było wsparcie kolejnych osób w spełnianiu marzeń. Tak, spotkałam się z setkami (pewnie i tysiącami) kobiet w trakcie swoich spotkań autorskich i wystąpień na przeróżnych konferencjach w kraju i za granicą. Tak, myślę, że wzajemna pomoc i solidarność kobiet są bardzo ważne i mam nadzieję swoimi działaniami się do nich przyczyniać. Ale żeby od razu powołanie i rewolucja? Wiem, że to dumnie brzmi, ale bez jaj, Magda!

Kolejna rzecz: gdy je aktywnie promowałam, książki „Polka potrafi” sprzedawały się dobrze. Mało tego, jak na warunki, w których je stworzyłam i sposób, w jaki ogarnęłam cały projekt, sprzedawały się świetnie. Ale czy były bestsellerami? U mnie na stronie na pewno! W końcu bestselling oznacza tyle, co najlepiej się sprzedający… Tylko co to oznacza w szerszym rozrachunku? Starałam się kilka lat temu znaleźć informację na temat tego, jaki nakład trzeba w Polsce sprzedać, aby można było mówić o bestsellerze. Nie znalazłam wtedy żadnych konkretnych i jednoznacznych informacji. Obiło mi się jednak o uszy, że większość tytułów, które ukazują się w druku nie sprzedaje się w nakładzie większym niż 1000 egzemplarzy (sic!). Obie moje książki zrobiły mniej więcej taki wynik w kilkanaście tygodni, ale czy to robi z nich bestsellery? No nie wiem.

Książkę „Podbij świat na budżecie” rzeczywiście napisałam i rzeczywiście miałam zamiar ją opublikować, ale nigdy tego nie zrobiłam. Była to zresztą pierwsza książka, którą napisałam – w tydzień, chwilę przed zabraniem się za „Polkę”. Gdy tworzyłam to BIO, jak najbardziej planowałam ją wydać. Choć plik nadal leżał na kompie, bez ostatecznej redakcji i konkretnej daty premiery, dopisałam sobie koleją publikację do listy osiągnięć. Siara jak stąd na Hawaje

Jak widzicie, za uszami mam bardzo dużo, jeśli chodzi o to BIO. Co jednak równie ważne, nikt nigdy nie zweryfikował informacji, które w nim podałam. Nie poprosił o referencje w sprawie konsultacji ds. self-publishingu (choć te akurat bym miała i to bardzo pozytywne – co nadal nie czyni ze mnie specjalisty). Nie spytał o wyniki sprzedażowe książek (co szybko zweryfikowałoby „Podbij świat na budżecie”). Nie zapytał, w ilu miejscach występowałam publicznie ani kogo i gdzie szkoliłam z marketingu (tak, szkoliłam w różnych miejscach; nie, nie jestem szkoleniowcem).

Mogłam tam wpisać co tylko chciałam. I dokładnie to zostało opublikowane w folderze wydarzenia oraz umieszczone na stronie internetowej organizacji. A skoro wisi w takim miejscu, na takiej stronie, to znaczy, że jest prawdą, nie? Kiedy się nad tym zaczęłam zastanawiać, nikt nigdy nie prosił mnie o dowody na potwierdzenie tego, co o sobie wypisywałam w różnego rodzaju BIO i opisach. Żadna z rzeczy, które sama o sobie wypisywałam nie została nigdy zweryfikowana. Trochę daje do myślenia, co?

W przytoczonym powyżej BIO niby nigdzie wprost nie zełgałam, ale też nie napisałam prawdy. Chyba że istnieje coś takiego jak prawda na wyrost, równolegle do postprawdy i alternatywnych faktów. Problem w tym, że prawda na wyrost jest, podobnie do pozostałych dwóch terminów, eufemizmem oznaczającym kłamstwo i nieszczerość.

Plus zmierzenia się z tym BIO publicznie, teraz tutaj w tekście, jest taki, że kilka dni temu napisałam do tej organizacji z pytaniem, czy mogłabym zmienić widniejący przy mnie opis. Nigdy wcześniej na to nie wpadłam, zamiast tego ze wstydem myślałam o tym, co tam napisałam. Na szczęście dostałam zielone światło dla poprawek, więc ta kwestia już załatwiona.

A wtedy, w jaki sposób się opamiętałam, by więcej takich rzeczy nie robić? Osoba z mojego kręgu zaczęła reklamować i sprzedawać swoją książkę jako bestseller, jeszcze zanim ta trafiła na rynek. Zmroziło mnie, gdy to zobaczyłam. Podobną sytuację przeżyłam, gdy zaproszono mnie jako prelegentkę na jakąś konferencję samorozwojową, którą co i rusz reklamowano jako „prawie wyprzedaną”. Na kilka dni przed musiano wydarzenie odwołać, ponieważ… sprzedano za mało biletów. Tego oczywiście nie podano do publicznej wiadomości, wymyślając naprędce inny powód.

Podobne zdarzenia bardzo dogłębnie pomogły mi zrozumieć, że nie chcę wspierać tego typu „zabiegów marketingowych” (czyt. kłamstw), ani sama ich więcej tworzyć. Jest to też jedna z głównych przyczyn, dla których tak nagle i stanowczo opuściłam podwórko skomercjalizowanego samorozwoju. Podobne praktyki są w nim nagminne, a ja potrzebowałam na nowo wrócić do siebie, swoich wartości i działania w zgodzie z tym, co uważam za słuszne. Nie tylko pięknie i imponująco brzmiące.

EKSPERT MEDIALNY

Niestety podobne „prawdy na wyrost” oraz eksperci bez poparcia w praktyce i faktach nie są domeną jedynie samozwańczych trenerów, coachów czy nieetycznych marketingowców. Jest to zabieg stosowany masowo również w prasie, radiu i telewizji.

Mimo poważnych problemów z etyką, rzetelnością i obiektywnością dzisiejszych mediów, jesteśmy przyzwyczajeni z automatu przyznawać autorytet tym, którzy dla nich tworzą. Podobnie jak tym, którzy są do nich zapraszani jako goście. Niejednokrotnie wystarczy kogoś nazwać ekspertem lub tylko puścić jego wypowiedź, nawet bez przypinania tej łatki, a odbiorcy podświadomie uznają, że jest to osoba, która wie, o czym mówi. Co więcej, jeśli osoba taka rzeczywiście zna się na swojej działce, to często zakładamy, że na innych też. I w ten sposób ekspert z jednej dziedziny jest nagle poważany również w wielu innych, na których może się totalnie nie znać (i wygadywać głupoty). Ale skoro pokazują ją/go w mediach lub jest dziennikarzem, to znaczy, że można jej/mu wierzyć. Błąd numer jeden.

Równolegle do powyższego, zdecydowana większość z nas ukształtowana została w przekonaniu, że pojawienie się w radiu czy telewizji jest czymś pożądanym, swoistą nobilitacją i oznaką sukcesu. Rzadko kto takich występów odmawia – nawet jeśli niekoniecznie jest najbardziej kompetentnym z rozmówców w poruszanym temacie. Błąd numer dwa.

Przedstawiciele mediów, zabiegani i wielokrotnie kierowani własnymi emocjami i opiniami lub linią polityczną organizacji, dla której pracują, bardzo często nie mają czasu, chęci lub wiedzy, by dogłębnie badać i obiektywnie przedstawiać zagadnienia, za które się biorą. Podobnie jak wielokrotnie nie wyszukują wiarygodnych ekspertów i prawdziwych specjalistów, a osoby, które dobrze wyglądają i dobrze gadają (na antenie lub na wizji).

Oczywiście do pewnego stopnia jest to jak najbardziej zrozumiałe, telewizja i radio rządzą się swoimi prawami. Jeśli jest ekspert, który super zna się na rzeczy, ale zupełnie nie potrafi opowiadać lub stresuje się przed kamerami, to zaproszenie go do studia nikomu dobrze nie zrobi. Jednak zapraszanie znanych i lubianych, lub dobrze wyglądających i wygadanych, do publicznego wypowiadania się na bardzo skomplikowane tematy (często wykraczające poza ich wiedzę i doświadczenie) stało się już niestety w wielu miejscach normą. Błąd numer trzy.

Dlatego tym większy szacunek budzą we mnie ci, którzy wiedzą, czego nie wiedzą lub na jakie tematy nie powinni się publicznie wypowiadać. Opiszę Wam dwa przypadki: jeden znam z Internetów, drugi z własnego życia.

SAMOŚWIADOMY NIE-EKSPERT

Pierwszy przykład dotyczy Tomka Michniewicza i zaproszenia do jednej ze śniadaniówek jakie otrzymał, by rozmawiać o temacie księży na porodówkach. Na jakiej podstawie uznano, że Tomek – podróżnik, mówca motywacyjny i dziennikarz – jest osobą kompetentną do wypowiadania się w tej sprawie? Napisał o tym wpis na swoim fanpage.

Jeden wpis na Facebooku wystarczył, by w głowach osób przygotowujących ogólnopolski program telewizyjny Tomek miał wystarczająco dużo autorytetu, żeby zaprosić go do wzięcia udziału w dyskusji na ten temat. Na szczęście Tomek jest bardzo mądrym facetem i szybko wypunktował, jak absurdalne było to zaproszenie.

Drugi przykład dotyczy Piotrka Horzeli, czyli mojego partnera – podróżnika, prelegenta i youtubera.

Piotrek wielokrotnie zapraszany był przez różne media, by opowiadać o swoich podróżach i miejscach, w których mieszkał (Antarktyka, Sudan Południowy). Jako że spędził w nich bardzo dużo czasu i poznał wiele aspektów zarówno polarnej, jak i sudańskiej rzeczywistości, chętnie uczestniczył w takich wystąpieniach. W poprzednim roku zgłosiła się do niego jedna z największych stacji telewizyjnych, w której się już kilkukrotnie pojawiał, żeby zaprosić go do rozmowy o fotografii przyrody.

Piotrek od razu podkreślił, że nie jest profesjonalnym fotografem i za takiego się nie uważa, ale może podzielić się tym, co wie (gdyby nie wiedział nic, to nasz leśny Instagram nie wyglądałby jak wygląda…). Mimo uwag, w programie został podpisany jako „fotograf przyrody”, a dodatkowo sam program w ogólnie nie był poświęcony fotografii, a… prawom zwierząt i (nie)jedzeniu mięsa. W pewnym momencie wywiązała się taka kłótnia między pozostałymi zaproszonymi, że Piotrek zupełnie się wycofał z dyskusji.

Po niedługim czasie znowu do niego zadzwonili, z tej samej stacji. Tym razem z prośbą o to, by wziął udział w panelu na temat globalnego ocieplenia i topnienia lodowców. Piotrka zatkało.

– Ale przecież ja się na tym nie znam – ze zdziwieniem odpowiedział, słysząc temat nagrania.
– No przecież mieszkał pan w Polskiej Stacji Antarktycznej i badał lodowce – z równym zaskoczeniem zagaił rozmówca.
– Tak, mieszkałem. Ale moja praca polegała na mierzeniu lodowców metalową tyczką. Nie oznacza to, że jestem jakimkolwiek ekspertem do spraw ich topnienia czy zmian klimatu… – kontynuował Piotrek.
– Oj tam, jest pan wygadany i nie boi się kamery, da sobie pan radę – entuzjastycznie podsumowała osoba po drugiej stronie słuchawki.

I tak, szanowni czytelnicy, wybierana jest prawdopodobnie znacząca część „ekspertów” z radia, prasy i telewizji.

gif got resignation

Oczywiście nie cytuję tu przytaczanej rozmowy słowo w słowo, a Piotrek odmówił udziału w nagraniach programu. Ale ilu z nas, mających głęboko zakorzenione poglądy na dany temat, choć już niekoniecznie konkretną wiedzę, by nie odmówiło? Ilu od dawna nie odmawia, a zapraszanych jest do tego, by współtworzyć opinię publiczną?

Ile niekompetentnych osób już teraz wpływa na to, jak postrzegamy rzeczywistość, co uważamy za prawdziwe i wiarygodne? Część robi to na pewno bez złych intencji, ze zwykłego braku samoświadomości. Są jednak również ci, którzy chcą na tym robić karierę i budować swój wizerunek eksperta.

Tylko czy naprawdę to właśnie takich ekspertów nam obecnie potrzeba?

 

Zdjęcie tytułowe: CompassFest

 

Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+