Dżem truskawkowy, malinowy, brzoskwiniowy, porzeczkowy… Świerkowa nalewka, syrop i napar z igliwia na zatkane zatoki… A gdyby je tak połączyć i zrobić dżem świerkowy? Nie pożałujecie!

Słodki, trochę kwaśny, bardzo intensywny i nad wyraz ciekawy – taki wyszedł mój pierwszy dżem z młodych pędów świerku. Na Podlasiu wegetacja jest trochę w tyle za innymi częściami kraju, ale jest szansa, że i część z Was dorwie jeszcze młode pędy. Dlatego szybciutko nagrałam film o tym, gdzie je zrywać i jak przetworzyć na pyszny dżem, który będzie ciekawym dodatkiem do herbat czy obiadów. Mało tego, że pysznym, to w przypadku przeziębienia czy kaszlu, dodatkowo z właściwościami leczniczymi.

JAK ZROBIĆ DŻEM ŚWIERKOWY?

Jak widzicie, przygotowanie własnych przetworów świerkowych jest bardzo proste! A dlaczego warto?

Jak częściowo wspominam na filmie, młode pędy są źródłem witaminy C, soli mineralnych, olejku eterycznego, garbników (organiczne związki chemiczne mające właściwości przeciwzapalne, pomagają też w hamowaniu drobnych krwawień czy likwidacji obrzmień) i flawonoidów (więcej o nich np. tu). Dużo obszerniej o świerku i substancjach, które w sobie zawiera, a także ich właściwościach leczniczych, przeczytacie na stronie dr. Henryka Różańskiego tu.

Przepis na dżem wzięłam z książki „Smakowite drzewa” Małgorzaty Kalemby-Dróżdż. Bardzo Wam ją polecam! Cała masa kulinarnych inspiracji, na które nigdy nie wpadłabym sama.

dżem świerkowy ekologiczne życie smakowite drzewa

A skoro jesteśmy już w temacie odkrywania nowych smaków…

Pamiętam, jak kilka lat temu przez pewien czas nie jadłam ani mięsa, ani nabiału i co chwilę słyszałam – znane chyba wszystkim wegetarianom i weganom – pytanie: To co ty jesz?! Prawda jest taka, że dopiero po odrzuceniu produktów odzwierzęcych zaczęłam poznawać i otwierać się na zboża, warzywa i zioła, których wcześniej nie znałam, albo znać i jadać nie chciałam. I okazało się, że odkryłam nowy świat.

Zmiana diety była w moim przypadku bardzo świadomą decyzją i nierzadko nie małym wyzwaniem. Jako dziecko i nastolatka nie tykałam większości warzyw, nie chciałam też jeść żadnej zieleniny (do teraz dźwięczą mi w uszach słowa taty „Nie jestem królikiem, zielonego jeść nie będę.”). Szpinak wywoływał odruch wymiotny (jeśli ktoś ma dzieci – powiedzcie proszę, że przestali serwować tą bezsmakową i bezkształtną miazgę szpinakową!), a pietruszka czy koperek zdawały się być trucizną (szczypiorek, póki co, jest nią do dziś).

W gimnazjum stołowałam się w McDonald’s pod blokiem, liceum i studia przejechałam na różnej maści kebabach. Schabowe wciągałam jeden za drugim, prosto z lodówki. Od kiedy byłam malutka, uwielbiałam mięso – jednym z ulubionych wspomnień mojej babci jest to, jak mając kilka latek wychodzę z mięsnego z uśmiechem na twarzy i wyproszonym pętem kiełbachy w dłoni. Będąc przez ponad cztery lata w związku z wegetarianinem (od liceum), powtarzałam zawzięcie, że nigdy mięsa jeść nie przestanę.

W pewnym momencie, pamiętam to bardzo dokładnie, zaczęłam się jednak zastanawiać: Skąd mój organizm czerpie potrzebne mu składniki i w jaki sposób ja jeszcze w miarę sprawnie funkcjonuję? Poznawanie coraz większej liczby wegetarian w trakcie moich podróży (którzy mieli dużą większą wiedzę o odżywianiu niż ja) i zwiększająca się świadomość tego, jak wytwarzane są różne produkty, które miałam na talerzu sprawiły, że postanowiłam zacząć wychodzić poza to, co znałam do tej pory: część z nich odrzucić, część wprowadzić do jadłospisu na stałe.

Kilkudniowy etap witariański (jedząc tylko niegotowane i nieprzetwarzane owoce i warzywa) okazał się strzałem w dziesiątkę – to niesamowite, jak szybko i sprawnie nasz organizm reaguje na pozytywne zmiany. Tydzień wystarczył, żeby zmieniło się moje odczuwanie smaków. Nagle sałata stała się słodka, a po kostce czekolady bolał brzuch. I zaczęła się przygoda.

Sałatę uczyłam się jeść, owijając jej liście wokół kawałków jabłka lub banana. Pietruszkę oswajałam robiąc pesto. Jarmużem zajadałam się w trakcie pobytów w Stanach, nie znając wtedy nawet jego polskiej nazwy i nigdy po niego tutaj nie sięgając (o tym, że kale to jarmuż dowiedziałam się dopiero kilka lat temu, w sumie przypadkiem – ekhm..).  Kapustę, paradoksalnie, nauczyłam się jeść w kebabie, a papryka czy seler w końcu „same” zaczęły mi smakować. I tak jak kiedyś nie wyobrażałam sobie radości na myśl o daniu ze szpinakiem czy zupie z korzenia pietruszki (którą zaraz wstawię do gara), tak teraz myślę o swoich nawykach sprzed lat i nie rozumiem, w jaki sposób niektóre z nich miały jakąkolwiek rację bytu (posypywanie truskawek cukrem? toż ten owoc to prawie sam cukier!).

Na kolejny poziom wtajemniczenia weszłam, gdy wyhodowałam sobie na Hawajach rozhulaną candidę, czy kandydozę (jedni w jej istnienie wierzą, inni nie – ja zaliczam się do tych pierwszych), i musiałam odrzucić nabiał, warzywa strączkowe, ziemniaki i cukier, w każdej postaci poza tym naturalnie występującym w warzywach i owocach. Mój ówczesny stan fizyczny i psychiczny to temat na zupełnie inny tekst, ale niech wystarczy to, że miałam problemy natury neurologicznej, ciągłe bóle żołądka i infekcje, po posiłkach kuśtykałam (tak tak, dobrze przeczytaliście) i ogólnie nie miałam pojęcia, co się dzieje z moim ciałem.

Już po pierwszym tygodniu na diecie stricte warzywnej, symptomy zniknęły. Gdy po miesiącu ugięłam się pod presją najbliższych, żeby znowu zacząć jeść „normalnie”, wszystko zaczęło się od nowa. Zaowocowało to m.in. decyzją, żeby na stałe wyeliminować cukier. I co się okazało? Że najczęściej, będąc na mieście czy wśród znajomych, nie miałam co jeść. Nawet znalezienie sałatki czy surówki bez cukru graniczyło w restauracjach z cudem. Wchodząc do sklepu, nie miałam co kupić – poza owocami i warzywami, bo praktycznie w każdym innym produkcie jest cukier, od majonezu i warzyw w puszkach, przez pieczywo, po wszelkiej maści przekąski. Nie raz chodziłam po Warszawie głodna, płacząc ze zmęczenia i stresu, który to we mnie wywoływało.1

Te wszystkie doświadczenia sprawiły, że odkryłam bogactwo składników i dań, pochodzących prosto z natury. Doceniłam smak poszczególnych warzyw i owoców, zaczęłam więcej eksperymentować i bawić się tym, czym karmię swoje ciało. Bo, jakby nie było, to co jemy jest – całkiem dosłownie – naszym paliwem. I super jest „jechać” na rzeczach kolorowych, soczystych, czasem nieoczywistych. A świat przyrody w ogóle, i lasu w szczególe, ma nam tak dużo do zaoferowania!

Cieszę się ogromnie, że doszłam do momentu, w którym mam odwagę jeść drzewa czy robić syropy z polnych roślin. Jeszcze stosunkowo niedawno byłoby to dla mnie nie do pomyślenia. Podobnie jak ciasto szpinakowo-świerkowe, które wieczorem wstawię do pieca…

To ja lecę radośnie do garów, a Ty daj znać: jakie najciekawsze kulinarne eksperymenty masz za sobą?
No i, oczywiście, czy spróbujesz świerkowego dżemu!


Materiał ten powstał w ramach projektu Las w Nas.

las w nas laswnas.com baner banner magda bębenek piotr horzela

  1. Od kilku miesięcy cukier znowu pojawia się w mojej diecie, ale bardzo sporadycznie – i zawsze z konsekwencjami. A tak przy okazji, zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego niemal w każdym daniu i produkcie przetworzonym, który kupujemy jest cukier? Ot, taka mała zagwozdka.
Share on FacebookTweet about this on TwitterGoogle+